Zobaczyłam, że Arek pisze z jakąś dziewczyną. Rozstaliśmy się i ja wiem, że nie powinno mnie to już obchodzić, ale obchodzi. Jak przeczytałam, ostatnią wiadomość, o tym, że Arek ma skorupę, ale widać, że się otwiera, to coś we mnie pękło (co nawet nie wiedziałam, że jest). Przeskrolowałam sobie na szybko kilka wiadomości, ale jak zobaczyłam, że umawiają się na randki i wspólny wyjazd... o kurwa, o kurwa, o kurwa chyba nigdy w życiu nie urosła we mnie taka wściekłość i żal. Rzuciłam jednym krzesłem, walnęłam pięścią w ścianę, upadłam na kolana w miejscu, w którym wcześniej stałam i zaczęłam wyć. Wtedy do pokoju weszła moja siostra z pytaniem co się dzieje - odpowiedziałam, że absolutnie nic tylko Arek umawia się z nową dziewczyną, na co ona przypomniała mi tylko, że to ja go zostawiłam i też umawiam się z innymi. Po upewnieniu się, że na pewno nie potrzebuję pogadać albo jakiegoś wsparcia zostawiła mnie z pytaniem w stylu "czego się spodziewałaś, że Arek będzie siedział i płakał za Tobą?" - zdziwicie się ale chyba tak...
Ech ja chyba liczyłam, że Arek zaproponuje abyśmy poszli razem na terapię. To jest jedyne rozwiązanie, którego nie próbowaliśmy, no ale on nie chce, a ja po tym jak zaproponowałam to ze trzy razy stwierdziłam, że nie będę go namawiać. Decyzja o tym, żeby pójść na terapie to ważny krok we wprowadzaniu zmian w życiu. To decyzja o tym, że chce się robić inaczej pewne rzeczy i nie można tej decyzji podjąć za kogoś. Z resztą Arek nie jest takim facetem, którego można do czegoś namówić jeśli sam nie chce. Przynajmniej ja nie umiem. Temat terapii proponowałam jeszcze jak byliśmy razem i zawsze bezskutecznie. Teraz myślę, że efekt moich namów byłby podobny. No ale rozstaliśmy się, Arek nadal mnie kocha (a przynajmniej tak mi się wydaje), a tonący ponoć brzytwy się chwyta. Ratowanie związku to chyba dobry powód aby spróbować terapii pomimo jakiejś własnej niechęci? Chyba za dużo mi się wydaje.
Mój problem jest taki, że nadal kocham Arka. Zapytacie (a przynajmniej Maciek często pyta) czemu w takim razie nie pójdę z nim pogadać, powiedzieć o wszystkim i po prostu nie spróbujmy jeszcze raz. Odpowiedź jest bardzo prosta. Bo ja nie chce jeszcze raz tego co było. Nie potrafię być przy Arku najlepszą wersją siebie. Szukam sobie kolegów do pogadania o tym, o czym nie mogę pogadać z Arkiem i w moim przypadku to już jest jak przywieszenie sobie kamienia do szyi. Bardzo łatwo fascynuję się nowymi osobami, "zauroczam się" i angażuje emocjonalnie i żeby stworzyć stabilny związek potrzebuje takiej silnej emocjonalnej więzi ze swoim partnerem, potrzebuję aby był moim najlepszym przyjacielem, abym mogła mu powiedzieć o wszystkim. Bez tego relacja jest za płytka i pomimo tego, że w innych sferach jest bardzo spoko to to sprawia, że szukam emocjonalnych więzi poza związkiem, a jeśli z kimś innym mam głębszą relację niż ze swoim facetem, to na dobrą sprawę po co mi ten facet?
A druga rzecz jest taka, że uważam się za osobę dość świadomą w tematach psychologiczno-społecznych. Ze szczególnym uwzględnieniem tematów związanych z rozwojem osobistym i relacjami międzyludzkimi, a jednak nie uchroniło mnie to przed odpierdoleniem totalnej chujni. Zdradziłam Arka i w żaden sposób nie usprawiedliwia mnie fakt, że już wtedy rozmawialiśmy o tym, że nie do końca nam się układa. Nic mnie nie usprawiedliwia. Gardzę sobą, nie potrafię tego zrozumieć i nawet jeśli Arek byłby gotowy mi wybaczyć to ja sama sobie nie potrafię. I jeśli miałabym wejść w ten czy jakikolwiek inny związek to muszę mieć pewność, że taka sytuacja się nie powtórzy. Jestem tą osobą, która potrafi złamać wszystkie swoje życiowe wartości, świadomie zranić osobę, którą ponoć kocha... nawet z moim elastycznym kręgosłupem moralnym, nie zostaje nic innego jak pogarda dla takiej "tfu" osoby. Muszę stać się lepszą wersją samej siebie.
I chyba to jest główny powód dla którego nie "pogadam" z Arkiem. Bo ja nie mam mu nic do zaoferowania. Zawaliłam na całej linii, a to jest cudowny facet. Jeśli poznał spoko dziewczynę (i na moje nieszczęście do tego bardzo ładną) to nie mam prawa próbować mu tego zabrać. Ja na jego miejscu też z pewnością wybrałabym kogoś innego. Tylko to smutne dla mojego serduszka, ale dla serduszka, które leci jak rzep na każdy skundlony ogona chyba nie ma innej drogi. W ostatecznym rozrachunku zawsze zostanie tylko smutek, żal i pogarda.
