Film jest trudny i ciężki i to od pierwszych chwil, gdzie widzimy scenę (wydawałaby się umierającego) osiołka razem ze swoją opiekunką, która próbuje go podnieść. Osobiście myślałam, że to będzie retrospekcja pozbawiająca nas złudzeń jakim dramatem zakończy się ten film i pierwsza scena będzie zarazem ostatnią. Myliłam się. Historia zaczyna z wysokiego poziomu, a później jest tylko jeszcze więcej dramatu. Film w żadnym momencie nie zwalniał, było kilka scen, w których powiedzmy, że sytuacja zdawała się neutralna, ale już po chwili okazywało się, że to tylko miejsce na rozpęd i skok w przepaść. Takich skoków w filmie było kilka...
O dziwo w trakcie seansu nie płakałam, parę razy zaszkliły mi się oczy. Moja głowa intensywnie pracowała jak zaakceptować niesprawiedliwość i okrucieństwo, na które patrzyłam, niczym w lustrzane odbiciu rzeczywistości, której w żaden sposób nie można zaprzeczyć. Tak wygląda nasz świat, a wszyscy ludzie wyrażają na to cichą zgodę. Niczym starożytni Rzymianie na brutalne walki gladiatorów, ku uciesze wiwatującego tłumu.
W mojej ocenie film jest poruszającym arcydziełem i wszystko od światła, po muzykę i prace kamer pomagało wczuć się w to co przeżywa osiołek, idący samotnie przez nocny las, pełen drapieżników, z których (znów) najstraszniejszy wydaje się być człowiek. Natomiast rozumiem, że nie wszystkim mogły przypaść do gusty psychodeliczne sceny z kontrastową grą czerwono-czarnych świateł i bardzo głośną muzyką. W bezpośrednim odbiorze mogło być to ciężkie - jak z resztą cały film. Dlatego dla mnie to było dobre uzupełnienie.
Dość niejednoznacznie były też pokazane losy drugoplanowych postaci i pewne dwuznaczne sytuacje - co prawda pięknie zagrane, (jeśli chodzi o teatralny warsztat to czapki z głów), ale w pewnym momencie tak odbiegały od głównego wątku, że człowiek miał w głowie "ale na co ja właściwie patrzę?". Ale to właściwie tylko jedna scena, wydaje się, że dodana dla poprawności politycznej pod wymogi Oskarowe. Mi to nie przeszkadza, o szkodliwości "poprawności politycznej" dla społeczeństwa napiszę kiedyś oddzielny wpis.
Podsumowując: w mojej opinii EO ma to co najważniejsze jest w dobrym filmie - po wyjściu z kina film nadal pracuje w człowieku poruszając emocje i myśli. Rezonuje w naszej głowie nie pozwalając o sobie zapomnieć. Im prostszy i niepozorny wydaje się oglądany obraz tym bardziej zahacza się w nas zmieniając sposób w jaki patrzymy na świat, który w dobie codziennych trudów i rutyny (zbyt często) zaczyna i kończy się na czubku naszego nosa. Tutaj reżyserowi doskonale udała się sztuka odwrócenia kamery. My ludzie mogliśmy zobaczyć siebie tak jak widzą nas zwierzęta i jak głosił jeden z komentarzy na filmwebie "jak zwykle w takiej sytuacji pozostał nam tylko wstyd".

