EO

Ten weekend był dla mnie bardzo owocny w seanse filmowe. Przez ostatnie trzy dni byłam w kinie więcej razy niż w ciągu całego roku. Jeśli zastanawiacie się na co tej jesieni iść do kina, to ja z całego serca polecam wybrać najnowszy film Jerzego Skolimowskiego - EO. Jest to przepiękne, wciągające kino drogi, a sam film z pewnością powinien trafić na listę "filmów, które  chociaż raz w życiu trzeba zobaczyć".  Zupełnie nie zgadzam się z oceną krytyków z filmweba, których średnia ocen wynosi 6.1; chociaż domyślam się, które sceny zaniżają średnią. 

Film jest trudny i ciężki i to od pierwszych chwil, gdzie widzimy scenę (wydawałaby się umierającego) osiołka razem ze swoją opiekunką, która próbuje go podnieść. Osobiście myślałam, że to będzie retrospekcja pozbawiająca nas złudzeń jakim dramatem zakończy się ten film i pierwsza scena będzie zarazem ostatnią. Myliłam się. Historia zaczyna z wysokiego poziomu, a później jest tylko jeszcze więcej dramatu. Film w żadnym momencie nie zwalniał, było kilka scen, w których powiedzmy, że sytuacja zdawała się neutralna, ale już po chwili okazywało się, że to tylko miejsce na rozpęd i skok w przepaść. Takich skoków w filmie było kilka...

O dziwo w trakcie seansu nie płakałam, parę razy zaszkliły mi się oczy. Moja głowa intensywnie pracowała jak zaakceptować niesprawiedliwość i okrucieństwo, na które patrzyłam, niczym w lustrzane odbiciu rzeczywistości, której w żaden sposób nie można zaprzeczyć. Tak wygląda nasz świat, a wszyscy ludzie wyrażają na to cichą zgodę. Niczym starożytni Rzymianie na brutalne walki gladiatorów, ku uciesze wiwatującego tłumu. 

W mojej ocenie film jest poruszającym arcydziełem i wszystko od światła, po muzykę i prace kamer pomagało wczuć się w to co przeżywa osiołek, idący samotnie przez nocny las, pełen drapieżników, z których (znów) najstraszniejszy wydaje się być człowiek. Natomiast rozumiem, że nie wszystkim mogły przypaść do gusty psychodeliczne sceny z kontrastową grą czerwono-czarnych świateł i bardzo głośną muzyką. W bezpośrednim odbiorze mogło być to ciężkie - jak z resztą cały film. Dlatego dla mnie to było dobre uzupełnienie. 

Dość niejednoznacznie były też pokazane losy drugoplanowych postaci i pewne dwuznaczne sytuacje - co prawda pięknie zagrane, (jeśli chodzi o teatralny warsztat to czapki z głów), ale w pewnym momencie tak odbiegały od głównego wątku, że człowiek miał w głowie "ale na co ja właściwie patrzę?". Ale to właściwie tylko jedna scena, wydaje się, że dodana dla poprawności politycznej pod wymogi Oskarowe. Mi to nie przeszkadza, o szkodliwości "poprawności politycznej" dla społeczeństwa napiszę kiedyś oddzielny wpis.  

Podsumowując: w mojej opinii EO ma to co najważniejsze jest w dobrym filmie - po wyjściu z kina film nadal pracuje w człowieku poruszając emocje i myśli. Rezonuje w naszej głowie nie pozwalając o sobie zapomnieć. Im prostszy i niepozorny wydaje się oglądany obraz tym bardziej zahacza się w nas zmieniając sposób w jaki patrzymy na świat, który w dobie codziennych trudów i rutyny (zbyt często) zaczyna i kończy się na czubku naszego nosa. Tutaj reżyserowi doskonale udała się sztuka odwrócenia kamery. My ludzie mogliśmy zobaczyć siebie tak jak widzą nas zwierzęta i jak głosił jeden z komentarzy na filmwebie "jak zwykle w takiej sytuacji pozostał nam tylko wstyd". 



Otwarta brama

Wczoraj był jeden z lepszych dni w roku (jeśli nie najlepszy). Uwielbiam jesień, te kolory, wiatr, chłód, jeszcze wieczorem było tak cieplutko - idealnie na spacer, książkę, kota, trening. Jesień jest dobra na wszystko. Znów zaczęłam trenować trochę biegam, trochę próbuję kalisteniki (co jest trudne gdy zwykłe wiszenie na rękach dłużej niż parę sekund stanowi wyzwanie nie do pokonania), ale to dopiero początek, tłumaczę sobie, że każdy od czegoś zaczynał i nawet Kurt Cobain kiedyś nie umiał złapać chwytu F-dur.

Cały czas czuję jeszcze ten vibe po obejrzeniu Entergalactic. To chyba pierwsza animacja jaką widziałam, która powstała aby promować album, a nie odwrotnie. Osobiście zdecydowanie odleciałam. Praktycznie od pierwszej sceny, to było dokładnie to 
co potrzebowałam zobaczyć (I USŁYSZEĆ). Ostatni film, który zrobił na mnie takie wrażenie i poruszył podobne emocje to: BEASTARS. 
Oglądałam bujając się na kanapie, później na podłodze, a później na stole udając, że tańczę przed moim... (oj, jak zacznę opowiadać o kwestiach sercowych, to może się okazać, że wczorajszy dzień wcale nie był taki idealny, nie jestem na to gotowa). Było miło, seksownie, efekt trochę jak po drinku, pełen luzik, babski wieczór w jednoosobowym towarzystwie. 

A jeśli chodzi o najlepszy dzień, to podpisałam nową umowę w pracy, wcześniej odbywszy niełatwą rozmowę z przełożonym mojego przełożonego o atmosferze pracy, finansach i perspektywach rozwoju. To nie była prosta rozmowa, ale właściwie dostałam wszystko co chciałam. (Nie)wiecie, ale skończyłam dość mało popularny kierunek studiów, zwłaszcza jak na Warszawę, a moja kariera zawodowa do tej pory biegła możliwie najdalej idącym torem od mojego wykształcenia. A teraz to się wszystko pięknie zazębiło. Nie chce wybiegać za daleko w przyszłość, bo przede mną długa droga i jeszcze wiele się muszę nauczyć. Ale na tą chwilę w kwestii rozwoju zawodowego właściwie nie ma sufitu, mogę sięgać tak wysoko jak starczy mi ambicji i chęci do pracy. Co jest cudownym uczuciem. 

A dodatkowo mam jeszcze taką swoją osobistą soczystą kropeczkę nad "i" związaną z tym, że wiedza i doświadczenie zdobyte na studiach dały mi realną szanse poszerzenia horyzontu i nabycia kompetencji, a nie tylko papier, którym się mogę podeprzeć na rozmowach kwalifikacyjnych. 

~ Dobra już się nie chwale. I tak wiem, że to może nie brzmi "wow". Realnie patrząc moja praca wcale nie jest prestiżowa, płaca też raczej mocno średnia i ludzie naprawdę mogą i mają dużo bardziej ambitne stanowiska i jeszcze lepsze perspektywy, ale dla mnie to jest jak wygrany los na loterii. Dla kogoś innego może to być  totalnym  gównem, ale mi bardzo pasuje, jakby to była robota na mnie szyta :D  

Zawsze tak właśnie chciałam pracować. Wiem, że będę się czuć dobrze (jeśli wszystko pójdzie tak jak było ustalone na spotkaniu), mi naprawdę w życiu zawodowym niewiele więcej trzeba. 

Jaka ta jesień jest wspaniała i to słoneczko i złote liście. Miamji!