KRÓL SZAMANÓW

Jakiś czas temu zaczęłam oglądać na Netflixie Króla szamanów, całkiem siadła mi ta seria, więc odnalazłam gdzieś w otchłani internetów starszą wersję, chyba z 2002 roku. I tak całkiem miło spędzam sobie czas na oglądaniu. Dzisiaj też, korzystając z tego, że jestem sama w domu puściłam sobie jako tło do codziennej rutyny, jeden ze wcześniejszych odcinków, które już oglądałam - tak dla odświeżenia i to była bardzo dobra decyzja, bo zobaczyłam w tym odcinku głębie, na którą wcześniej nie zwróciłam, aż takiej uwagi. No dobra, głębia to może za dużo powiedziane, bo temat dotyczył prozaicznej wdzięczności. 

Rio, który jest liderem lokalnego (powiedzmy) gangu, taka tam drugoplanowa postać, która pojawia się na drodze głównych bohaterów, jako taki przeszkadzacz. Trzeba go pokonać, bo niby zagraża aktualnie przyjętym celom, ale nikt nie traktuje go poważnie. Z góry wiadomo, że przegra i praktycznie nie stanowi realnego zagrożenia. trochę taki zespół R z pokemonów. No ale w pewnym momencie nasz Rio przechodzi przemianę wewnętrzną, ukazują się jego motywacje i prawdziwy charakter. 

~Swoją drogą ja uwielbiam jak w filmach kreuje są niby takie schematyczne postacie, które od razu można ocenić jako czarne/białe; dobre/złe, a później jest jakiś przeskok, mamy dwie trzy minuty poświęcone szerszej historii z życiorysu takiego (wydawałoby się) jasno określonego bohatera i jest ZOOONG! Bo się okazuje, że rzeczywistość jest zupełnie odwrotna od naszej początkowej oceny. Serial który był dla mnie mistrzem takich zabiegów to "Euforia", tam praktycznie w każdym odcinku odkrywało się kolejne smaczki, które radykalnie zmieniały odbiór i nastawienie emocjonalne do połowy występujących tam postaci. Niedawno jeszcze serial dostępny był na HBO GO (teraz nie wiem, bo aktualnie subskrybuje tylko Netflixa). Ale wracając do Rio... ~

Z gangstera postanawia zmienić się w szamana, a jedna z bohaterek zgadza się łaskawie przeprowadzić jego szkolenie tylko... że ma ono więcej wspólnego z kursem na perfekcyjną panią domu niż jakąkolwiek walką. Rio gotuje, sprząta, zamiata chodniki wyręczając innych domowników w ich obowiązkach i o dziwo nie ma o to pretensji. Jago wydawałoby się naiwne podejście sprawia, że w każdym najgorszym zadaniu znajduje znamiona sensu i podchodzi do niego z najwyższą starannością i szacunkiem. Będąc wdzięcznym za to, że może np. pościelić łóżko osobie którą szanuje i podziwia. Przyznam, że poruszyła mnie jego postawa, mocno mu kibicuję. Jestem ciekawa jak będzie rozwijał się na przestrzeni kolejnych odcinków.  

Jar of hearts

W moim życiu cały czas siedzę na karuzeli wszelkiego rodzaju wydarzeń i emocji. Nigdy nie przypuszczałam, że to napiszę, ale tęsknię za stabilizacją. 
Z rzeczy najbardziej bieżących to:
  •  Wróciłam do jazdy konnej. Wsadziłam też na konia swojego chłopa, któremu ewidentnie się (nie)podobało, ale zapisał(am) go na jeszcze dwie lekcje. A nóż widelec może mu się odmieni.
  • Zamieszkaliśmy (ja i mój chłop) oficjalnie razem. I właśnie dzięki temu, że dokłada się do rachunków ja mogę przefiukać część budżetu siedząc w siodle.
  • Ostatnio mieliśmy dość poważną rozmowę. Na tyle poważną, że leciały mi łezki z oczu, ale że poszliśmy do pubu gdzie przy barze można wypić drina z kotem to i ten kot i te driny trochę rozluźniały atmosferę. (swoją drogą #Taaka Ryba, Wołomin - polecam!). 
Rozmawialiśmy o poczuciu odrzucenia w związku, o utracie namiętności, o tym, że pewne gesty, mimo, że nadal są miłe to straciły swój wydźwięk. Wyraziłam też swoją obawę, że nasz związek jest budowany na rozsądku, a nie na namiętności i uczuciu. No i w tym momencie Arek popatrzył na mnie jak na idiotkę stwierdzając, że nie jestem typem dziewczyny, z którą ktokolwiek normalny chciałby się związać z rozsądku. I może was zdziwię, ale był to dla mnie komplement. Ogromny komplement, bo aż mi się zrobiło cieplutko na serduszku. Mam z Arkiem ten problem, że on jest raczej "przyziemnym" chłopakiem. Jak go pytam za co mnie lubi, to odpowiada rzeczy w stylu: bo jesteś miła, bo mnie akceptujesz, bo mogę Cię przytulać... a we mnie kurwica rośnie, bo to może być opis każdej kobiety, a nie mój. Więc to wyznanie, rzucone w sumie jako zgryźliwy komentarz miało dla mnie większą moc niż wszystkie inne komplementy jakie do tej pory od niego usłyszałam. 

A teraz z rzeczy bieżących przejdę do rzeczy ważnych i poopowiadam wam trochę o moim poprzednim związku i o Kamilu. Powinnam była o nim napisać dużo wcześniej, bo w kwestii "ważności" ma on pierwszeństwo przed wszystkimi, o których pisałam na tym blogu, no ale tak wyszło, że robię to dopiero teraz. Myślę, że to z powodu tego, że raczej nic dobrego o sobie nie będę mogła powiedzieć, a na początku powstawania tego bloga chciałam przygruchać sobie trochę waszej sympatii. Teraz na swoje usprawiedliwienie, mogę powiedzieć tylko tyle, że chciałam dobrze, (a że na tych chęciach wybrukowali piekło...) no mniejsza, zacznijmy od początku. 

Kamila poznałam w jednej z pseudo randkowych aplikacji jako inteligentnego, ale zdawało się, że złamanego przez życie chłopaka. Dobrze nam się gadało, a ja pomyślałam, że to takie niesprawiedliwe, że tak fajny chłopak przez toksyczne środowisko i depresję może mieć zerowe poczucie własnej wartości i brak jakiegokolwiek zaufania do świata. Dość szybko urosło we mnie przekonanie, że moja osoba może pomóc mu wygrzebać się z dołka i nieskromnie przyznam, że udało mi się. Zaprzyjaźniliśmy się, Kamil wspierał mnie, a ja jego, a nasza relacja rosła. Był pierwszym facetem, z którym poszłam do łóżka, a seks okazał się wspaniały. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nikt nigdy nie kochał mnie tak mocno jak Kamil. Uczucie jakim mnie darzył jest tym o czym marzą wszystkie nastoletnie dziewczynki. Był inteligentny, czuły, opiekuńczy i stawiał mnie na pierwszym miejscu przed wszystkimi i wszystkim. A mi było z nim dobrze, byliśmy dla siebie oparciem, mieliśmy świetny seks, rozmawialiśmy o wszystkim i lubiliśmy swoje towarzystwo. Moje koleżanki były zachwycone tym jak dosłownie było on we mnie wpatrzony i mną zachwycony ale... 

Ale ja nie czułam abym była zakochana. Z początku myślałam, że to kwestia porównania z poprzednią relacją, (może jeszcze nie do końca wyleczoną), która sama w sobie miała więcej z fikcji niż z prawdy, ale moje uczucia faktycznie windowały w niej w górę, jak nigdy później (opowiem o tym innym razem, aby nie mieszać wątków). Czas mijał, a moje uczucie do Kamila nie rosło i teraz jak na to patrzę wydaje mi się, że przez cały czas w mojej głowie paliła się czerwona lampka pod tytułem "to nie jest to, sam fakt, że jest Ci przy nim dobrze, nie wystarczy", ale tłumiłam to w sobie. Myślałam, że może z czasem się to zmieni, że przecież nie chce ranić Kamila, że mamy zaplanowane wspólne wakacje, święta, urodziny, później jest jego sesja, moja sesja, pogrzeb dziadka itd., itd., zawsze coś. Tak przekładałam zmierzenie się z tym co naprawdę czuję na świętego Dygdy, aż do momentu, gdy Kamil zapytał mnie czy nie jest mi smutno, że po upływie trzech lat związku wciąż mi się nie oświadczył. A mną jakby ktoś potrząsnął, uświadomiłam sobie, że absolutnie nie jest mi z tego powodu smutno, a wręcz przeciwnie ani trochę tego nie chce. No w tym momencie miałam już jasność, skoro nie chce iść dalej z tą relacją to czas przestać zwodzić chłopaka dla swojego komfortu i zwyczajnie to zakończyć. Zadzwoniłam do niego kilka dni później i przyznałam, że nie chce z nim być. Wiem, że zrywanie przez telefon to słaby pomysł, ale w tamtej chwili czułam się gotowa powiedzieć mu smutną prawdę, a gdybym poczekała do kolejnego spotkania, to na żywo tej odwagi mogłoby zabraknąć, a kolejne odwlekanie tej rozmowy wydawało się w mojej ocenie jeszcze gorsze niż przeprowadzenie jej przez telefon. O dziwo Kamil przyjął moje słowa ze spokojem. Zdawał się rozumieć czemu postąpiłam w taki, a nie inny sposób. Nie robił żadnych dram, nie rzucał wyzwiskami, nawet w zgodzie stwierdziliśmy, że mimo wszystko chcemy dalej mieć kontakt. 

Dwa dni później Kamil przyjechał do mojego rodzinnego domu... rozmawialiśmy, płakaliśmy, noc i poranek spędzony we wspólnym pokoju wydawał się wręcz okrutny dla nas obojga. Kamil zdecydowanie już nie rozumiał, a ja czułam się podle i wiem, że powinnam się tak czuć. Z początku planowaliśmy aby został na kilka dni, ale było to dla nas tak trudne i bolesne, że najrozsądniejszym wydało się zakończenie tego tu i teraz. Kamil wyjechał i od tego czasu nie spotkaliśmy się nigdy więcej. Parę razy rozmawialiśmy przez telefon. Kamil z jednej strony był przeze mnie skrzywdzony, a z drugiej nie miał nikogo z kim byłby na tyle blisko, aby w takiej sytuacji porozmawiać. To znów było trudne, dla niego z pewnością dużo bardziej niż dla mnie, ale ja też cierpiałam. To, że byłam powodem jego cierpienia było dla mnie gorsze, niż ból złamanego serca jaki czułam po tym gdy poprzedni chłopak mnie zostawił. Później Kamil wykopał mój dawny komentarz gdzieś z archiwum jakiegoś forum, w którym radzę jakiejś dziewczynie zerwanie z chłopakiem, dopasował do tego swoją historię, stwierdzając, że od początku świadomie nim manipulowałam (i może miał rację) i w tej chwili znienawidził mnie na dobre. Przestał dzwonić, dzwoniły za to jego mama i siostra mówiąc mi jaka jestem okropna, że Kamil przeze mnie rzucił studia, że nie wychodzi z domu, że chce się zabić, że stracił prawko, a w końcu trafił do psychiatria, Na początku odbierałam te telefony, później już tylko słuchałam nagrań z poczty głosowej i zastanawiałam się czy nie wrócić do niego. Bo może ja zwyczajnie po tym jak ktoś inny złamał mi serce, nie potrafię już kochać? Może mogę wrócić i go uratować, w sumie przecież było nam dobrze ze sobą. I tutaj dziękuje Ci Panie Boże, że miałam przyjaciół, którzy patrzyli na całą sytuację bardziej racjonalnie niż ja i uświadamiali mi, że już raz chciałam mu pomóc i nic dobrego z tego nie wyszło...

Po jakimś rok braku zupełnego kontaktu, Kamil zadzwonił do mnie (w tamte wakacje), pytając co u mnie czy może jakby kiedyś przejeżdżał przez warszawę, to czy nie chciałabym się spotkać?  Zadzwonił dwa razy i wiedziałam, że teraz czeka na mój krok. I Bóg (w którego kiedyś mocno wierzyłam)mi świadkiem, że chciałam się z nim spotkać, że chciałam wiedzieć co u niego i do tej pory chcę. Ale zastanawiając się nad tym czy powinnam spróbować odbudować jakąś relację z Kamilem i czy do niego oddzwonić trafiłam na piosenkę "jar of hearts" i zobaczyłam w sobie tą osobę, o której śpiewa Christina Perri: zostawiam blizny... zabieram serca szukając wrażeń, w swoim mając tylko lód... I za kogo się uważam?

"So don't come back for me 
Who do you think you are?"

Te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie i wiedziałam, że jakkolwiek bardzo bym nie chciała, to nie mogę go więcej krzywdzić, a tylko to mam do zaoferowania, jakimkolwiek płaszczykiem dobrych chęci bym tego nie przykrywała. Więc nie zadzwoniłam i za każdym razem gdy zbiera mi się na jakiś sentyment nucę sobie tą piosenkę. Bywają chwilę, które nawet po takim czasie są trudne, ale staram się to stopniowo przepracowywać. Wiem, że Kamil zasługuje na to samo, a moje wtrącanie się w jego życie w tym momencie może być tylko przeszkodą. 

Błąd - Łona i Webber

Poczytałam sobie kilka moich poprzednich postów... Ech.. Czy podoba mi się jak to jest napisane? Już nie czepiając się treści, pozom języka jest marny. "Bo ja wtedy pojechałam, a on powiedział i razem poszliśmy, a później ktoś inny przyszedł i on też powiedział...." I dziesięć razy powtarzające się słowa w jednym akapicie..... (te wielokropki to wyraz mojej desperacji). Wizualnie też mi się mój blog nie podoba. Czy stałam się już stereotypowym człowieczkiem, który wiecznie narzeka, ale nie czyni nic aby zmienić swój los? Mimo, że już ponad rok tutaj goszczę to nadal nie umiem, (łamane na nie chce mi się) dopasować szablonu. Zastanawiam się czy to nie znak aby poszukać innej platformy. Ale czy to poprawi poziom mojego słownictwa? Wpłynie na regularność tworzenia postów? I czy mam jakąś gwarancję, że tam już będzie ładnie? No nie wydaje mi się. A może mi tu dobrze? Tak sobie myślę, że ja najładniej wysławiam się w konwersacjach, gdzie poznaje nowych ludzi. Nigdy nie usuwam archiwum, bo do tego aż miło wrócić. Mówię wam, jak traficie na mnie w internetach i będziemy mieli przyjemność razem klikać - będzie sztos ^^ Swoją drogą na blogspocie jest kilka blogów, które (pomijając fakt, że w większości przypadków od dawna zdechłe) to w czasach swojej świetności były bardzo estetyczne. Z resztą nadal są. #Miętowy Kochanek - jeśli jakimś cudem to czytasz, to wiedz, że jestem fanką, regularnie odwiedzam Twoją stronę z nadzieją na nowe kąski i dalsze losy Twojego życia (erotycznego). Prawdę mówiąc to ten blog powstał trochę z inspiracji Twoją twórczością (ponoć naśladownictwo to najwyższa forma pochwały). Nawet mi czasem trochę szkoda, że jestem w stałym związku i nie mogę chodzić na randki, aby później o nich pisać. 

Wiecie co, od godziny gapię się w ekran i z jednej strony chcę się podzielić tym co ostatnio mnie gryzie, a z drugiej mam opory aby pisać cokolwiek. Nie jest tak, że nie mam nic do powiedzenia, ale w tym wszystkim czuję presję, aby wyrzucić z siebie wszystko. Tylko tu pojawia się problem, bo nie chce poświęcać czasu na rzeczy błahe, a do tych "trudnych" sama przed sobą chyba odcięłam dostęp. Przez długi okres mojego życia byłam dla innych ludzi otwartą księgą. Dostępną, kontaktową, praktycznie nie mającą prywatnej strefy sacrum. Niemal sadystyczną przyjemność sprawiało mi, jak ludzie brali jakąś cząstkę mnie i oceniali. Nigdy w swoim życiu nie uważałam tego za wadę. Wręcz przeciwnie, czułam się silna, niezwyciężona, że pomimo zadawanych ran, szyderstwa czy prawdy o sobie, z którą nie koniecznie na dany moment miałam ochotę się konfrontować, nie potrzebowałam skorupy. Bo mojej wartości nie stanowi przecież opinia innych ludzi. Nadal wychodzę z tego założenia i mam nadzieję, że już w tym temacie nie będę robić kroków wstecz. Ale coś jest ze mną nie tak i w żaden sposób nie potrafię zdiagnozować o co chodzi. Mam wrażenie, że przestałam dawać z siebie, jakby tam w środku już nic nie było. I nie chodzi o brak poczucia własnej wartości. Problem jest gdzieś indziej, ja wiem tyle, że jest; ale nie umiem go zdiagnozować. Może to przez stres, ostatnio w moim życiu jest go sporo. Najpierw wypadek i pogruchotana stopa, później bycie inwalidą na pełen etat i pełna zależność od innych. Aktualnie sprawa w sądzie, która nie idzie po mojej myśli. Brak satysfakcji z pracy - do tego stopnia, że od kilku tygodni, myślę nad tym czy nie złożyć wypowiedzenia. W ciągu ostatniego pół roku stresowałam się chyba więcej niż przez całe swoje życie razem wzięte. I nie chodzi tylko o większą ilość sytuacji stresowych, ale przed wszystkim o to, że nie umiem sobie z tym stresem radzić. Ja jestem typem luzaka. Jak się dzieje chujnia to spinam poślady i daje z siebie tyle ile mogę, a jak sytuacja zostaje opanowana to dwie minuty później mam wyjebane i zapominam, że cokolwiek się działo. No może nie dosłownie, ale nieprzespane noce, regularne problemy z zasypianiem, natręctwo myśli, a co będzie jeśli... tym razem sobie nie poradzę? -  to z pewnością nie moja bajka. 

Zastanawiam się czy to może mieć jakiś związek z moją młodością, wtedy rozwiązaniem na stres była autoagresja. Teraz, gdy będąc dorosłą ukształtowaną jednostką całkowicie odeszłam od filozofii robienia sobie kuku, w sytuacji napięcia wychodzą nieprzepracowane kwestię i poradzić sobie muszę, nie ja, a ta po wielokroć odrzucana dziewczynka, mająca siebie za skończonego śmiecia, której jedyną satysfakcją jest dokopanie samej sobie. Ale to tylko teoria. I po przeczytaniu wpisu jeszcze raz wydaje się dość naciągana. Nie jestem sobą i nie jest mi do końca dobrze samej ze sobą. Pożyjemy i zobaczymy co się zmieni w tej kwestii.

* Możecie trochę trzymać za mnie kciuki. Pod koniec wakacji mam kolejną rozprawę, na której się okaże czy dosięgnie mnie ręka sprawiedliwości. 

 

twenty one pilots - Chlorine


Podjęliśmy z Arkiem decyzję o tym aby razem zamieszkać. Co prawda ta decyzja była lekko wymuszona, ale i tak cieszę się na myśl o tym, że będziemy razem mieszkać. Lubię mieć Arka blisko siebie. Właściwie mieszkamy razem już od jakiegoś czasu, ale teraz będzie to tak "oficjalnie". Arek wypowiedział umowę w mieszkaniu, które wcześniej wynajmował, a ja muszę jeszcze przenegocjować z właścicielką mojego mieszkania ile będzie wynosiło ewentualne podniesienie czynszu. Poza tym jest dobrze. Moje uczucia są stabilne i na tę chwilę mogę przyznać sama przed sobą, że jest to facet, z którym chce być. A to dużo, chyba jeszcze w żadnym z moich dotychczasowych związków nie byłam tak daleko. 

Czasem mam różne wątpliwości, mniejsze lub większe żale (jak ten w poście poniżej), chociaż już prawie pogodziłam się z okropnym spóźnialstwem, które zwykło towarzyszyć Arkowi. 

Staram się być dobrą dziewczyną, postępować słusznie. Jakiś czas temu Arek przyznał, że jest zazdrosny o to, że czasem rozmawiam z Patrykiem, a ja (nie bez wcześniejszego oporu), postanowiłam stopniowo zakończyć tamtą relację. Chociaż myślałam, że będzie trudniej, okazało się to nie tak żmudnym procesem jak przewidywałam. Patryk ma chyba nową dziewczynę. Ja nie piszę do niego, on nie napisał do mnie, ale i tak zawsze wyświetla się jako pierwsza propozycja w kontaktach na mesie. Ostatnio próbowałam to zmienić i oznaczyłam go jako spam, ale nic to nie dało, poza tym, że on już nie powinien widzieć mojej aktywności, a jeśli do mnie napisze to ja to zignoruje, bo nie będę widzieć jego wiadomości. Chciałam już nie pisać o Patryku, ale zdaje się, że jeszcze nie potrafię. Znaczy potrafię, mogłabym nie pisać nic. Chodzi o to, że jeszcze czasem myślę o Patryku, o tym co by było jakbym podjęła takie decyzje, a nie inne. Staram się nie podsycać tych emocji, nie wchodzę na jego strony w internecie, nie śledzę jego profilu w mediach społecznościowych. Wiem, że kiedyś przestanę o nim myśleć, ale to jeszcze nie jest ta chwila. I chcę aby świat o tym wiedział. A Ty Arku jeśli to czytasz (chociaż myślę, że po tym jak zmieniłam adres już nie powinieneś), nie myśl, że moja tęsknota do Patryka w jakikolwiek sposób odejmuje moim uczuciom do Ciebie. Patryk był ogromną namiętnością w moim życiu i mimo, że spędziliśmy razem tak mało czasu zdążył wyrwać dla siebie kawałek mojego serducha. Ale on nigdy nie miał nawet ułamka tego co daje Tobie. Więc proszę nie miej żalu, że poświęcam mu jeszcze trochę czasu. 

Księga Mgły


Było kilka punktów kulminacyjnych w moim związku, o których nie napisałam ani słowa, ale niestety nie zawsze kiedy jest o czym pisać to mam chęć aby to robić. Było kilka wzlotów, potem jedna porządna burza. Pioruny już nie strzelają, ale niebo nadal jest pochmurne. Cieszę się, bo te wyładowania elektryczne oczyściły atmosferę, o której nawet nie wiedziałam, że potrzebuje oczyszczenia. Aktualnie z utęsknieniem czekam na przebłyski słońca.  

Dziś dotarło do mnie co znaczyły słowa Arka: że nie będzie za mną ganiał, że gdy coś się stanie to nie zostawi wszystkiego jak leży i nie przybiegnie aby być ze mną. Nie dlatego, że mu na mnie nie zależy, albo właśnie dlatego, że nie zależy aż tak... - nie, nie o to się kłóciliśmy.  

W każdym razie, dziś potrzebowałam, aby był przy mnie i dość mocno brakowało mi symetryzmu (Arek lubi to słowo), w naszym związku. Że ja nieważne jak mocno poturbowana i zmęczona to dosłownie mogę czołgać się byle zasnąć obok niego, a on... niekoniecznie. Złapałam się w pułapkę własnych oczekiwań, wymagając od niego tego samego i bolesny był brak jego obecności wtedy, gdy go potrzebowałam (wtedy, gdy chciałam aby był przy mnie). 

Po okręgach



Alkohol nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów, a już na pewno nie pomaga z otwartością. Może wydawać się to dziwne, ale do tej pory myślałam, że mimo wszystko zaciera on ludziom granice i popycha w stronę, w którą na trzeźwo nikt by nie poszedł. U mnie przynajmniej tak było. Przy udziale procentów zazwyczaj stawałam się bardziej śmiała, chętna i odważna. Jednak w wieku dwudziestu pięciu lat okazało się, że jeśli się czegoś boje to po alkoholu będę się tylko bardziej bała. Jeśli czegoś nie potrafię to procenty też nie pomogą mi tego rozwiązać - ech.. szkoda. 

Kroczek po kroczku zbliżamy się do siebie z moim chłopakiem. Rozmawialiśmy i była to bardzo kojąca rozmowa. Arek opowiadał mi o swoich okręgach. Że to co najcenniejsze ma głęboko w serduszku i chroni przed całym światem, tam jest rodzina, tam również trafiła jego była. Za nimi jest kolejny krąg, powiedzmy że przyjaciół, później kolejny krąg i kolejny. No i ja nie jestem jeszcze w żadnym z najbliższych kręgów, mimo, że docelowo ponoć tam właśnie mam trafić. Póki jednak stoję tu gdzie stoję mogę co najwyżej próbować wyszarpywać jakieś smaczki i szukać uchylonych drzwi, ale dostępu nie dostanę i muszę uważać, bo jak szarpnę za mocno to rykoszetem mogę wylecieć jeszcze dalej od środka i na zawsze stracić szansę przebicia się przez te koszary. 

Ja ze swojej strony przyznałam, że gdzieś z tyłu głowy mam obawę, że jestem tą "drugą". Absolutnie nie zarzucam mu żadnych złych intencji, ale z uwagi, że z jego byłą tworzyli długi i silny związek to nie wiem czy nie wszedł w relacje ze mną za szybko. I to, że jest mu ze mną dobrze, nie jest kwestią tego, że nadal jest zraniony i gdyby nie miał za sobą bolesnego rozstania to może inaczej by to wszystko wyglądało. Obserwowałam już w swoim otoczeniu przypadki, gdy ktoś kończy jeden związek, a gdy wchodzi w kolejny to mniej lub bardziej świadomi, ale tylko na pocieszenie, no i zazwyczaj kończyło się to porzuceniem "tej drugiej". 
Nie imputujmy jednak na siebie cudzych życiorysów, bo nawet to nie jest potworem, który niesie we mnie największą obawę. Moje serducho od czasu do czasu podszeptuje, że my wcale nie idziemy w swoją stronę, a to co teraz czuję wcale więcej już nie urośnie. A w obecnym stanie nie wiem czy jest wystarczające.

No i o tym wszystkim właśnie rozmawialiśmy. Oczywiście przyznałam się też do akcji z telefonem i na tą chwilę zostało tylko powiedzieć, że podnieca mnie, gdy w trakcie seksu szarpie za moje włosy, gdy ściska biodra i wszystko co prowadzi do tego, że później musi przepraszać.  

Paradiddle

 

Dzisiaj coś we mnie pękło. 

I za chwilę pęknie drugi raz, bo post, który tworze od dwóch dni po zaktualizowaniu przywrócił się do wersji roboczej, usuwając mi 80% treści. Chyba czas zmienić domenę. 

Chciałabym wam szczegółowo opisać historię tego jak znalazłam faceta z którym udało mi się stworzyć wspaniałą relację, ale to pisanie się nie sprawdza. Jak mogę opisywać wam "jak znalazłam", kiedy ja nie wiem czy znajdę, a na obecną chwilę to nawet nie wiem czy chce znaleźć. Czy w ogóle przejście do etapu bycia żoną będzie mi kiedykolwiek potrzebne.

I już nawet nie mówię o statystyka bloga: komentarzy - zero; obserwujących - zero ; wyświetleń - no może osiem (uzbieranych w pierwszej godzinie po opublikowaniu wpisu).

Dodatkowo zamykam się coraz bardziej w sobie i nie umiem wypluć plugastwa, które mnie gryzie od środka, a zbiera się tego coraz więcej. Czuję panikę, nie umiem mówić o emocjach, mogę tylko wylewać je z siebie bez żadnej kontroli. Pół biedy jeśli warunki są sprzyjające. Ale często zdarza się, że nie są, a ja ponoszę tego konsekwencje. I mogę sobie mówić, że to Arek, że Patryk, że sytuacja taka, a nie inna, ale prawda jest taka, że zostały nieprzepracowane rzeczy i spychanie winy w niczym mi nie pomoże. 

Założyłam dziś nowy blog na innej domenie, nie wiem czy coś z tego wyjdzie, ale chce spróbować czegoś innego. Tutaj nie do końca jest taka "atmosfera" jakbym chciała. Pisze o wydarzeniach, o przyczynach i skutkach... Ale trochę mam wrażenie jakbym cały czas musiała się tłumaczyć. Co wkłada mnie w dość sztywne ramy, na dodatek trochę niewygodne. Siedzę tu ponad rok i.. i co? Nawet nie wiem kiedy to minęło. Oczywiście to, że zaczęłam pisać gdzieś indziej nie znaczy, że już nie wrócę tutaj... 

Ale nic nie obiecuje (z resztą jakby kogokolwiek to obchodziło). 

Przywiozłam z domu od rodziców swoją gitarę elektryczną. Sąsiedzi dawno się nie skarżyli na hałas w mieszkaniu^^ 

Odnalazłam też w otchłani internetu coś czego obiecałam sobie, że już nigdy nie będę szukać. Nic dobrego tam dla mnie nie ma. Jakiś człowiek anonimowo uzewnętrznia się w internetach. To co piszę jest pojebane i rozbrajająco szczere. Czytając mam wrażenie jakby autor rozbierał się przede mną, kawałek po kawałku odsłaniając nagie ciało, blizny i rany. Czuje, że nie powinnam tego czytać, a jednocześnie chce więcej i więcej, mimo że wiem jakim kosztem powstają te teksty. Usprawiedliwiam się tym, że gdyby ten ktoś zupełnie nie chciał aby świat poznał jego myśli to nie dzieliłby się nimi. Świadomie zostawił uchyloną furtkę, tylko niestety wszystko wskazuje, że niezupełnie dla mnie. Ale teraz już za późno. Wiem gdzie go szukać i nie mam w sobie za grosz samodyscypliny...

I'm a witch - (Klara)

"Tak i Nadzieja, im bardziej nas łudzi, tym boleśniejszym zawodem obudzi. 

A jednak nieraz, gdy niemal już gaśnie,
nie Lęk się spełnia, lecz Nadzieja właśnie."
William Shakespeare

Macie czasem tak, że wiecie jak może być, a gdy jest inaczej (gorzej) a wy niekoniecznie wiecie jak to poprawić to w konsekwencji odczuwacie narastającą złość i frustracje? Ja tak mam jeśli chodzi o komunikację w relacjach. Szczere rozmowy z głębi serducha są dla mnie lwią częścią związków, które mamy z innymi ludźmi (nawet niekoniecznie w relacjach romantycznych) tym bardziej, że ze mną przy odrobinie otwartości naprawdę można góry przenosić.

Teraz krótko o tym, że Arek jest Arkiem, a ja jestem psem goniącym samochody. Przeglądałam ostatnio profil byłej Arka na fb, a wcześniej przejrzałam ich ostatnie wiadomości w jego telefonie. Były to bardzo smutne wiadomości, bo za chwilę mieli się rozstać. Dodajcie do tego poczucie winy, wynikające ze świadomości, że właśnie gwałcę prywatność swojego chłopaka... Gdy ten wyszedł z łazienki zastał mnie łkającą w poduszkę. Oczywiście zmartwił się i zapytał o co chodzi, a ja zwaliłam winę na okres, hormony i coś tam, coś. Muszę mu o tym powiedzieć, musimy szczerze pogadać o nas, o emocjach, o wszystkim, ale ja naprawdę nie wiem jak. To jest dziwne, bo dzwoni do mnie kumpel (pamiętacie chłopaka z pierwszego postu?), na którego jestem zła, a i tak po kilku minutach otwieram się przed nim jakby to była najprostsza rzecz świata, opowiadam mu o Arku, o innych relacjach, potrafię powiedzieć co czuję i dlaczego. Żeby nie było, że tamten chłopak jest taki wyjątkowy, mam też kilka innych osób z którymi jestem na stopie kumpelsko - przyjacielskiej i też rozmowy o uczuciach nie są problemem. A z Arkiem są i wkurwia mnie to. Coś się chrzani, a mój chłopak nawet o tym nie wie, a ja potrafię tylko na niego patrzeć bez słowa. 

Swoją drogą myślę, że mogłabym powiedzieć Arkowi, że go kocham. Chociaż to też "inny rodzaj" kochania niż ten, który czułam do chłopaków w przeszłości. Właściwie to, każdego mężczyznę, który pojawiał się w moim życiu i którego uważałam że  kocham, kochałam inaczej. Moja zdolność do miłości na przestrzeni lat ewoluowała, albo może raczej zubożała i ogólnie wraz z biegiem wydarzeń zmieniało się moje postrzeganie tego wszystkiego, chociaż to pewnie naturalny proces. W każdym razie "kochać" to zawsze bardzo duże słowo dla mnie BARDZOO i zawsze odnosi się wyłącznie do emocji. Kochać, to nie znaczy, że tęsknie. Kochać to nie znaczy, że będę się starać. Kochać to nie znaczy, że nie zostawię. I odwrotnie: to, że się staram, że tęsknie i nie chce odejść nie znaczy, że  kocham. To tak w skrócie, może kiedyś jeszcze pochylę się nad tematem. Jestem jakaś bez humoru ostatnio.

Witajcie w nowym roku :D