W moim życiu cały czas siedzę na karuzeli wszelkiego rodzaju wydarzeń i emocji. Nigdy nie przypuszczałam, że to napiszę, ale tęsknię za stabilizacją.
Z rzeczy najbardziej bieżących to:
- Wróciłam do jazdy konnej. Wsadziłam też na konia swojego chłopa, któremu ewidentnie się (nie)podobało, ale zapisał(am) go na jeszcze dwie lekcje. A nóż widelec może mu się odmieni.
- Zamieszkaliśmy (ja i mój chłop) oficjalnie razem. I właśnie dzięki temu, że dokłada się do rachunków ja mogę przefiukać część budżetu siedząc w siodle.
- Ostatnio mieliśmy dość poważną rozmowę. Na tyle poważną, że leciały mi łezki z oczu, ale że poszliśmy do pubu gdzie przy barze można wypić drina z kotem to i ten kot i te driny trochę rozluźniały atmosferę. (swoją drogą #Taaka Ryba, Wołomin - polecam!).
Rozmawialiśmy o poczuciu odrzucenia w związku, o utracie namiętności, o tym, że pewne gesty, mimo, że nadal są miłe to straciły swój wydźwięk. Wyraziłam też swoją obawę, że nasz związek jest budowany na rozsądku, a nie na namiętności i uczuciu. No i w tym momencie Arek popatrzył na mnie jak na idiotkę stwierdzając, że nie jestem typem dziewczyny, z którą ktokolwiek normalny chciałby się związać z rozsądku. I może was zdziwię, ale był to dla mnie komplement. Ogromny komplement, bo aż mi się zrobiło cieplutko na serduszku. Mam z Arkiem ten problem, że on jest raczej "przyziemnym" chłopakiem. Jak go pytam za co mnie lubi, to odpowiada rzeczy w stylu: bo jesteś miła, bo mnie akceptujesz, bo mogę Cię przytulać... a we mnie kurwica rośnie, bo to może być opis każdej kobiety, a nie mój. Więc to wyznanie, rzucone w sumie jako zgryźliwy komentarz miało dla mnie większą moc niż wszystkie inne komplementy jakie do tej pory od niego usłyszałam.
A teraz z rzeczy bieżących przejdę do rzeczy ważnych i poopowiadam wam trochę o moim poprzednim związku i o Kamilu. Powinnam była o nim napisać dużo wcześniej, bo w kwestii "ważności" ma on pierwszeństwo przed wszystkimi, o których pisałam na tym blogu, no ale tak wyszło, że robię to dopiero teraz. Myślę, że to z powodu tego, że raczej nic dobrego o sobie nie będę mogła powiedzieć, a na początku powstawania tego bloga chciałam przygruchać sobie trochę waszej sympatii. Teraz na swoje usprawiedliwienie, mogę powiedzieć tylko tyle, że chciałam dobrze, (a że na tych chęciach wybrukowali piekło...) no mniejsza, zacznijmy od początku.
Kamila poznałam w jednej z pseudo randkowych aplikacji jako inteligentnego, ale zdawało się, że złamanego przez życie chłopaka. Dobrze nam się gadało, a ja pomyślałam, że to takie niesprawiedliwe, że tak fajny chłopak przez toksyczne środowisko i depresję może mieć zerowe poczucie własnej wartości i brak jakiegokolwiek zaufania do świata. Dość szybko urosło we mnie przekonanie, że moja osoba może pomóc mu wygrzebać się z dołka i nieskromnie przyznam, że udało mi się. Zaprzyjaźniliśmy się, Kamil wspierał mnie, a ja jego, a nasza relacja rosła. Był pierwszym facetem, z którym poszłam do łóżka, a seks okazał się wspaniały. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nikt nigdy nie kochał mnie tak mocno jak Kamil. Uczucie jakim mnie darzył jest tym o czym marzą wszystkie nastoletnie dziewczynki. Był inteligentny, czuły, opiekuńczy i stawiał mnie na pierwszym miejscu przed wszystkimi i wszystkim. A mi było z nim dobrze, byliśmy dla siebie oparciem, mieliśmy świetny seks, rozmawialiśmy o wszystkim i lubiliśmy swoje towarzystwo. Moje koleżanki były zachwycone tym jak dosłownie było on we mnie wpatrzony i mną zachwycony ale...
Ale ja nie czułam abym była zakochana. Z początku myślałam, że to kwestia porównania z poprzednią relacją, (może jeszcze nie do końca wyleczoną), która sama w sobie miała więcej z fikcji niż z prawdy, ale moje uczucia faktycznie windowały w niej w górę, jak nigdy później (opowiem o tym innym razem, aby nie mieszać wątków). Czas mijał, a moje uczucie do Kamila nie rosło i teraz jak na to patrzę wydaje mi się, że przez cały czas w mojej głowie paliła się czerwona lampka pod tytułem "to nie jest to, sam fakt, że jest Ci przy nim dobrze, nie wystarczy", ale tłumiłam to w sobie. Myślałam, że może z czasem się to zmieni, że przecież nie chce ranić Kamila, że mamy zaplanowane wspólne wakacje, święta, urodziny, później jest jego sesja, moja sesja, pogrzeb dziadka itd., itd., zawsze coś. Tak przekładałam zmierzenie się z tym co naprawdę czuję na świętego Dygdy, aż do momentu, gdy Kamil zapytał mnie czy nie jest mi smutno, że po upływie trzech lat związku wciąż mi się nie oświadczył. A mną jakby ktoś potrząsnął, uświadomiłam sobie, że absolutnie nie jest mi z tego powodu smutno, a wręcz przeciwnie ani trochę tego nie chce. No w tym momencie miałam już jasność, skoro nie chce iść dalej z tą relacją to czas przestać zwodzić chłopaka dla swojego komfortu i zwyczajnie to zakończyć. Zadzwoniłam do niego kilka dni później i przyznałam, że nie chce z nim być. Wiem, że zrywanie przez telefon to słaby pomysł, ale w tamtej chwili czułam się gotowa powiedzieć mu smutną prawdę, a gdybym poczekała do kolejnego spotkania, to na żywo tej odwagi mogłoby zabraknąć, a kolejne odwlekanie tej rozmowy wydawało się w mojej ocenie jeszcze gorsze niż przeprowadzenie jej przez telefon. O dziwo Kamil przyjął moje słowa ze spokojem. Zdawał się rozumieć czemu postąpiłam w taki, a nie inny sposób. Nie robił żadnych dram, nie rzucał wyzwiskami, nawet w zgodzie stwierdziliśmy, że mimo wszystko chcemy dalej mieć kontakt.
Dwa dni później Kamil przyjechał do mojego rodzinnego domu... rozmawialiśmy, płakaliśmy, noc i poranek spędzony we wspólnym pokoju wydawał się wręcz okrutny dla nas obojga. Kamil zdecydowanie już nie rozumiał, a ja czułam się podle i wiem, że powinnam się tak czuć. Z początku planowaliśmy aby został na kilka dni, ale było to dla nas tak trudne i bolesne, że najrozsądniejszym wydało się zakończenie tego tu i teraz. Kamil wyjechał i od tego czasu nie spotkaliśmy się nigdy więcej. Parę razy rozmawialiśmy przez telefon. Kamil z jednej strony był przeze mnie skrzywdzony, a z drugiej nie miał nikogo z kim byłby na tyle blisko, aby w takiej sytuacji porozmawiać. To znów było trudne, dla niego z pewnością dużo bardziej niż dla mnie, ale ja też cierpiałam. To, że byłam powodem jego cierpienia było dla mnie gorsze, niż ból złamanego serca jaki czułam po tym gdy poprzedni chłopak mnie zostawił. Później Kamil wykopał mój dawny komentarz gdzieś z archiwum jakiegoś forum, w którym radzę jakiejś dziewczynie zerwanie z chłopakiem, dopasował do tego swoją historię, stwierdzając, że od początku świadomie nim manipulowałam (i może miał rację) i w tej chwili znienawidził mnie na dobre. Przestał dzwonić, dzwoniły za to jego mama i siostra mówiąc mi jaka jestem okropna, że Kamil przeze mnie rzucił studia, że nie wychodzi z domu, że chce się zabić, że stracił prawko, a w końcu trafił do psychiatria, Na początku odbierałam te telefony, później już tylko słuchałam nagrań z poczty głosowej i zastanawiałam się czy nie wrócić do niego. Bo może ja zwyczajnie po tym jak ktoś inny złamał mi serce, nie potrafię już kochać? Może mogę wrócić i go uratować, w sumie przecież było nam dobrze ze sobą. I tutaj dziękuje Ci Panie Boże, że miałam przyjaciół, którzy patrzyli na całą sytuację bardziej racjonalnie niż ja i uświadamiali mi, że już raz chciałam mu pomóc i nic dobrego z tego nie wyszło...
Po jakimś rok braku zupełnego kontaktu, Kamil zadzwonił do mnie (w tamte wakacje), pytając co u mnie czy może jakby kiedyś przejeżdżał przez warszawę, to czy nie chciałabym się spotkać? Zadzwonił dwa razy i wiedziałam, że teraz czeka na mój krok. I Bóg (w którego kiedyś mocno wierzyłam)mi świadkiem, że chciałam się z nim spotkać, że chciałam wiedzieć co u niego i do tej pory chcę. Ale zastanawiając się nad tym czy powinnam spróbować odbudować jakąś relację z Kamilem i czy do niego oddzwonić trafiłam na piosenkę "jar of hearts" i zobaczyłam w sobie tą osobę, o której śpiewa Christina Perri: zostawiam blizny... zabieram serca szukając wrażeń, w swoim mając tylko lód... I za kogo się uważam?
"So don't come back for me
Who do you think you are?"
Te słowa rozbrzmiewały w mojej głowie i wiedziałam, że jakkolwiek bardzo bym nie chciała, to nie mogę go więcej krzywdzić, a tylko to mam do zaoferowania, jakimkolwiek płaszczykiem dobrych chęci bym tego nie przykrywała. Więc nie zadzwoniłam i za każdym razem gdy zbiera mi się na jakiś sentyment nucę sobie tą piosenkę. Bywają chwilę, które nawet po takim czasie są trudne, ale staram się to stopniowo przepracowywać. Wiem, że Kamil zasługuje na to samo, a moje wtrącanie się w jego życie w tym momencie może być tylko przeszkodą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz