Czas pogardy

Jak byłam w pierwszej klasie gimnazjum to pisałam pamiętnik, który często zabierałam ze sobą do szkoły- co by żadne błyskotliwe przemyślenie podczas nudniejszych lekcji mi nie uciekło. Duży zeszyt w rozmiarze A4 z twardą pastelowo-żółtą okładką. Sam fakt że pisałam pamiętnik nie jest niczym niezwykłym w tamtych czasach (prawie dziesięć lat temu) to było dość popularne zajęcie, a ja sama zaczęłam zbierać swoje przemyślenia na papierze jakiś rok po tym jak nauczyłam się pisać (co swoją drogą nastąpiło dość późno).  
Na swoje nieszczęście akurat tamten pamiętnik zaczęłam od opisania wszystkich swoich koleżanek i kolegów z klasy, a później nauczycieli. Opisy były dość ogólne, byle tylko później mniej więcej było wiadomo o kogo chodzi i  jak rozkładają się klasowe relacje. Wiecie nowa szkoła, nowa klasa, nowa trzynastoletnia ja - która, w żadnym razie nie przeczuwała jak wielką katastrofę na siebie sprowadza.

Moje zdaje się zbyt małe zainteresowanie lekcją + duży rzucający się w oczy zeszyt (w którym przypominam znajdowała się opinia na temat każdej z otaczających mnie osób, włączając w to nauczyciela, prowadzącego lekcje) + totalny brak instynktu samozachowawczego, doprowadził do tego, że zeszyt znalazł się na biurku nauczyciela, który pozwolił sobie przejrzeć pierwsze strony. Następnie popatrzył na mnie z niesmakiem i oddał mi "zeszyt" pozwalając sobie na wygłoszenie głośnej uwagi, że "obsmarowałam w nim wszystkie koleżanki". Ja w tym czasie próbowałam wyrwać się z ciężkiego szoku, bo akurat o tym nauczycielu napisałam dość przychylnie (i chyba spodziewałam się pochwały - niech mi ktoś powie, że nie jestem optymistą). 

Tak mi się przypomniała ta sytuacja, gdy czytałam swój poprzedni wpis (tu macie link -KOLEDZY Z METINA)Nauczona doświadczeniami z przeszłości zastanawiałam się czy go nie usunąć, bo i na co komu moja opinia o...? Ostatecznie stwierdzam, że mi jest potrzebna, a może nawet niezbędna. Poza tym mam pewność, że moi przyjaciele nie będą mieli mi za złe, że ich tu obsmarowałam :)

A co do Wspominanego w tamtym wpisie poczucia pogardy - już dawno mi przeszło. Zdecydowanie nie należę do osób, które potrafią długo kumulować w sobie negatywne emocje. Przynajmniej w stronę innych osób, bo jeśli chodzi o mnie samą... to jest różnie. Ostatnio odczuwam gniew. Właśnie masuje sobie obojczyk w miejscu, w którym wczoraj dostałam solidnego kopniaka. Trochę sama się o to prosiłam, ale w tamtej chwili byłam naprawdę wściekła i głodna mordu. Zwłaszcza, że mój rywal nie odniósł praktycznie żadnych fizycznych obrażeń. Gdy sobie przypominam tamtą sytuację czuję jak wzbiera się we mnie złość i nie bardzo wiem co z nią dalej zrobić. 

W pierwszej chwili nasuwa mi się myślę o zemście, że mój przeciwnik powinien cierpieć tak samo jak ja (oko za oko), ale jakoś świadomość jej krzywdy (bo ogólnie to cały czas mówimy o mojej siostrze) w ogóle nie wyzwala we mnie uczucia ulgi. To czy ktoś dostanie nauczkę czy nie właściwie jest mi całkowicie obojętne i nie ma żadnego wpływu na odczuwane przeze mnie emocje. W sumie to nie wiem jak sobie z nimi poradzić. W gimnazjum często wybierałam autoagresję, teraz respekt do mojego ciała, chęć dbania o dobry stan psychiczny i zdrowy rozsądek zabraniają mi pójść tą drogą - chociaż czuję, że mam w sobie jeszcze kilka demonów, które uśmiechają się na tą myśl. No ale to się nie wydarzy. 

Znów zapowiada się koniec bez puenty, ale za to Wam coś poradzę:  

***DBAJCIE O SIEBIE***



Aktualizacja 2.0

Witam nowych czytelników. Po tym jak zmieniłam nie tylko wizualne parametry, ale cały adres strony, myślę, że staży (czytelnicy) już mnie tu nie znajdą. Zabieg drastyczny lecz konieczny dla zapewnienia sobie anonimowości i tym samym większego komfortu pisania.  
Pierwotnie ten blog miał służyć opowieściom o moich podbojach miłosnych, aktualnie będzie pełnił funkcję notatnika spraw bieżących, narzędzia do rozplątywania kołtunów myślowych w mojej głowie oraz wyciągania skrzepów emocjonalnych z serducha.

Co to oznacza dla Was? Będzie chaotycznie, ale może za to odrobine regularniej. Dodatkowo nie będę przykładać, aż takiej wagi do zachowania ciągłości wydarzeń, jeśli o czymś ważnym nie zdążę napisać - trudno. Doświadczenie nauczyło mnie, że im więcej ma zaległości tym rzadziej tu zaglądam, a chodzi o stworzenie miejsca komfortowego (dla mnie).
Oczywiście zapraszam do czytania starszych postów, znajdziecie tam trochę informacji o mnie i o tym blogu, jednakowoż ostrzegam, że możecie nie doczekać się zakończenia rozpoczętych tam historii.


Powinno pojawić się też więcej elementów kulturalnych: sztuki, muszki, głównie filmu, które towarzyszą mi w codziennym życiu, kształtują mniej jako człowieka i w dużej mierze odbijają to co mam w środku. Jest taki powiedzenie, że "połowę filmu przynosimy ze sobą sami", całkowicie się z tym zgadzam i o tej mojej połowie, też będę wam pisać. (Jestem egocentryczką, która nawet jak mówi o czymś innym, to jednak mówi o sobie). Nie lękajcie się raczej nie będzie tego dużo: nowości filmowe oglądam rzadko. Książkę od trzech miesięcy czytam tą samą: "Cesarz wszech chorób. Biografia raka" - Siddhartha Mukherjee - polecam. A o emocjach, które wyzwala we mnie muzyka, mówić nie umiem.  

Na ten moment to koniec ogłoszeń parafialnych. 

Pan z Wami.