PAST LIVES

Ostatnio męczy mnie obawa: czy to możliwe, że rozstanie z Arkiem było dla mnie tak bolesnym i ciężkim doświadczeniem, że teraz – będąc w nowym związku – trwam w nim bardziej ze strachu przed powtórką tamtego cierpienia niż z autentycznej potrzeby bycia z kimś?

W odpowiedzi na te wątpliwości staram się przypominać sobie, co dobrego daje mi obecna relacja. Wracam myślami do początku, kiedy byłam zauroczona Czarkiem, kiedy nie mogłam się na niczym innym skupić – tylko on zaprzątał moje myśli. Paradoksalnie, wtedy mnie to irytowało, ale dziś mam wrażenie, że było mi jakoś łatwiej. Czułam, jakby jakaś niewidzialna siła sama mnie do niego pchała. Czarek w tamtym momencie był dla mnie tak idealny, że wystarczyło tylko upewnić się, że mamy podobne wartości i nie ma żadnych "red flag" abym mogłam bezpiecznie „puścić hamulec” i pozwolić sobie doświadczać nowego. 

A teraz… teraz stoję spokojnie. Nikt ani nic mnie nigdzie nie ciągnie. Zastanawiam się: czy jest dobrze? Czy wystarczająco dobrze? Czy nasza relacja jest zdrowa? Czy oboje mamy przestrzeń, żeby wzrastać? Czy nikt nie przysłania drugiego swoim cieniem?

I pali mi mały czerwony alarm w głowie - naraziłaś się na tak duży ciężar rozstania tylko dlatego, że (w trakcie sesji ze swoją psychoterapeutką) dokopałaś się do myśl, że Arek nie zaspokaja mojej potrzeby bycia wysłuchaną - i teraz gdy jestem z Czarkiem i również są sytuacje w których mam podobne odczucie - że nie jestem widziana - aż trzęsie się wszystko we mnie. Bo przecież to z tego powodu zakończyłam poprzednią relację (może zbyt pochopnie) to w nowej nie mogę się na to godzić. 

Z drugiej strony mam poczucie, że to ja wybrałam Czarka. Że spełnił wiele moich wymagań i potrzeb, że pasuje do wizji relacji, jakiej pragnę. Powiedziałam jemu (i sobie), że chcę z nim być. I mam w sobie silną potrzebę, by te słowa coś znaczyły. Żeby nie były tylko chwilowym zauroczeniem, ale stanowiły fundament. Kiedyś mówiłam, że chcę, aby mężczyzna codziennie wybierał mnie na nowo. Teraz jednak bliżej mi do myśli: „Zdecydowałam się i będę tej decyzji wierna”. Może to strach mnie tak pcha, strach przed bólem, jaki przeżyłam po rozstaniu z Arkiem. Gdybym wiedziała, ile mnie to będzie kosztować, być może nie podjęłabym wtedy tej decyzji. Ale podjęłam i teraz dzielnie muszę się mierzyć z jej konsekwencjami.

Wiem też, że w ludziach działa mechanizm idealizowania byłych partnerów. Zniekształcamy wspomnienia, (że wcale nie było tak źle), zapominamy powody i uczucia wskutek, których podjęliśmy dane decyzje. Za to chętnie przypominamy sobie dobre chwile przez co mamy w głowie mocno zniekształcony obraz rzeczywistości. Niestety sam fakt, że mam świadomość istnienia takiego mechanizmu niestety nie uwalnia mnie od tego, że i tak trzeba się z tym zmierzyć i przepracować, a przyznaję, że to trudne dla mnie. 

Z drugiej strony tej emocjonalnej huśtawki znów pojawia się lęk: że jestem z Czarkiem nie dlatego, że naprawdę czuję miłość i sens tej relacji, tylko dlatego, że nie chcę znów pochopnie z czegoś zrezygnować. Nie chcę znów dojść do wniosku: To jednak nie to, potrzebuję czegoś więcej, może jeszcze głębszego (zastanawiałam się czy nie dać tego zdania w cudzysłów, ale to przecież moje własne myśli, mogę się pod nimi podpisać). 

Czasem mam wrażenie, że z Czarkiem jesteśmy z zupełnie różnych światów. Że nawet kiedy mówimy o tym samym, to myślimy o jakichś zupełnie innych aspektach. A czasem – odwrotnie – spieramy się, a na końcu okazuje się, że w gruncie rzeczy chodziło nam o to samo.
To generalnie chyba byłoby do przepracowania, pod warunkiem, że będziemy nad tym pracować, a nasza relacja powoli przybiera bardziej etap stagnacji - jest jak jest i za dużo już się nie zmieni. A może to tylko kolejna moja obawa? Mam wrażenie, że ostatnio one się we mnie mnożą. 

O TYM JAK ZAMIENIŁAM ROLLERCOASTER NA TRAMWAJ


Dzisiejszy post powstaje z poczucia obowiązku. Mamy prawię połowę roku, a ja jeszcze nic tutaj nie naskrobałam . Życie pędzi coraz szybciej, za chwilę będę miała trójkę z przodu i... no i w sumie nie wiem co w związku z tym. Ogólnie czuję się dobrze. Spotkam się z Czarkiem i coraz lepiej czuję się w naszej relacji. Widziałam się też ostatnio z Maćkiem, rozsypała się ta nasza relacja, ale jest światełko w tunelu i powoli oboje zbieramy rozbite elementy. Maciek twierdzi, że relacja się rozwija - oby. 

Wciąż czuję pustkę w sercu po Arku, chociaż z ulgą mogę stwierdzić, że z czasem robi się ona bardziej znośna. Zadziwiające jest to, że miejsce, które zajmował Arek jest praktycznie nie do wypełnienia, powoli godzę się z myślą, że zostanie tam na zawsze. Moje serce jest chyba tak skonstruowane, że 1/4 jego części stanowi nieszczęśliwa miłość. Miłość która tęskni, miłość która wyobraża sobie jak mogłoby być, miłość która czuje się odrzucona, niewystarczająca. Od 10 lat (a przypominam, że w tym roku kończę 30) zawsze towarzyszy mi większe (lub jeszcze większe) poczucie utraconej miłości. Najpierw za Grześkiem (internetową nigdy nie spełnioną miłością), później za Patrykiem (moją inspiracją, do założenia tego bloga) no i teraz Arek. Ja mam chyba jakiś taki schemat, w którym nie umiem inaczej funkcjonować jak tylko z poczuciem straty. No ale to tylko 1/4 serducha, z którą przez te 10 lat zdążyłam się oswoić, zaakceptować i z jednej strony jest ciężko, a z drugiej umiem z tym żyć, a moje życie jest naprawdę całkiem spoko :D

A teraz przejdźmy do głównego tematu i porozmawiajmy o potencjalnym kandydacie na mojego męża. Dziś mija pierwsza rocznica odkąd się pierwszy raz spotkaliśmy. Właśnie jestem  w trakcie szykowania kartki na tą okazję: "jesteś słodką pomarańczą w aperolu mojego życia", myślę, że to będzie miły akcent. Z Czarkiem jest spoko, minęło mi pierwsze zauroczenie i teraz jest dużo spokojniej, można powiedzieć, że nawet nudno, bez tych wszystkich rollercoasterów emocjonalnych. Kiedyś bym panikowała, myśląc, że miłość się "wypaliła", teraz wiem, że to naturalny proces i nawet się cieszę, że w końcu mogę podejść do tematu bardziej racjonalnie. Najbardziej doceniam małe gesty bliskości, (przytulenia, rozmowy, spojrzenia sobie w oczka, złapania za rękę), którym towarzyszy totalne poczucie akceptacji i ciepła. Nie zdarzają się one często, zazwyczaj jest raczej "nudno" ale dają taki dodatkowy pstryczek pewności, że jestem w dobrym miejscu. 
Z resztą decyzja o tym, że Czarek jest odpowiednim kandydatem na partnera życiowego była naprawdę przemyślana i towarzyszy mi poczucie tego, że ja chce z nim być. Co prawda zdarzyły się nam ze dwie "kłótnie", po których w myślach już pakowałam walizki, ale ostatecznie przegadaliśmy wszystko i jednak do rozstania nie doszło. 

Jak piszę o nudzie, to nie w znaczeniu, że siedzimy na tyłkach w domu i nic nie robimy. Jakby zliczyć nasze wszystkie wyjścia, na koncerty, do opery, do restauracji (tych bardziej i mniej eleganckich), na tańce, do znajomych  na spacer itp., to z dużą dozą prawdopodobieństwa mogłoby się okazać, że tego typu aktywności zajmują nam więcej czasu niż ten który spędzamy w domu. Mówiąc o nudzie, chodzi o taką nudę emocjonalną bez zrywów serca i napięcia. Napięcie pojawia się od czasu do Czasu jak Czarek organizuje mi sesyjkę BDSM, ale o tym napiszę innym razem. Dziś chce tylko powiedzieć, że jestem zadowolona z miejsca, w którym jestem w życiu, staram się je jak najbardziej doceniać i uczyć się akceptować nudę która mi towarzyszy. 

Postaram się wrócić tu jak będzie jakiś gorący temat, bo jak sobie czytam co naskrobałam wyżej to mam wrażenie, że za bardzo to wszystko laurkowate XDD

*obraz wykorzystany na początku został wygenerowany w technologii AI