O TYM JAK ZAMIENIŁAM ROLLERCOASTER NA TRAMWAJ


Dzisiejszy post powstaje z poczucia obowiązku. Mamy prawię połowę roku, a ja jeszcze nic tutaj nie naskrobałam . Życie pędzi coraz szybciej, za chwilę będę miała trójkę z przodu i... no i w sumie nie wiem co w związku z tym. Ogólnie czuję się dobrze. Spotkam się z Czarkiem i coraz lepiej czuję się w naszej relacji. Widziałam się też ostatnio z Maćkiem, rozsypała się ta nasza relacja, ale jest światełko w tunelu i powoli oboje zbieramy rozbite elementy. Maciek twierdzi, że relacja się rozwija - oby. 

Wciąż czuję pustkę w sercu po Arku, chociaż z ulgą mogę stwierdzić, że z czasem robi się ona bardziej znośna. Zadziwiające jest to, że miejsce, które zajmował Arek jest praktycznie nie do wypełnienia, powoli godzę się z myślą, że zostanie tam na zawsze. Moje serce jest chyba tak skonstruowane, że 1/4 jego części stanowi nieszczęśliwa miłość. Miłość która tęskni, miłość która wyobraża sobie jak mogłoby być, miłość która czuje się odrzucona, niewystarczająca. Od 10 lat (a przypominam, że w tym roku kończę 30) zawsze towarzyszy mi większe (lub jeszcze większe) poczucie utraconej miłości. Najpierw za Grześkiem (internetową nigdy nie spełnioną miłością), później za Patrykiem (moją inspiracją, do założenia tego bloga) no i teraz Arek. Ja mam chyba jakiś taki schemat, w którym nie umiem inaczej funkcjonować jak tylko z poczuciem straty. No ale to tylko 1/4 serducha, z którą przez te 10 lat zdążyłam się oswoić, zaakceptować i z jednej strony jest ciężko, a z drugiej umiem z tym żyć, a moje życie jest naprawdę całkiem spoko :D

A teraz przejdźmy do głównego tematu i porozmawiajmy o potencjalnym kandydacie na mojego męża. Dziś mija pierwsza rocznica odkąd się pierwszy raz spotkaliśmy. Właśnie jestem  w trakcie szykowania kartki na tą okazję: "jesteś słodką pomarańczą w aperolu mojego życia", myślę, że to będzie miły akcent. Z Czarkiem jest spoko, minęło mi pierwsze zauroczenie i teraz jest dużo spokojniej, można powiedzieć, że nawet nudno, bez tych wszystkich rollercoasterów emocjonalnych. Kiedyś bym panikowała, myśląc, że miłość się "wypaliła", teraz wiem, że to naturalny proces i nawet się cieszę, że w końcu mogę podejść do tematu bardziej racjonalnie. Najbardziej doceniam małe gesty bliskości, (przytulenia, rozmowy, spojrzenia sobie w oczka, złapania za rękę), którym towarzyszy totalne poczucie akceptacji i ciepła. Nie zdarzają się one często, zazwyczaj jest raczej "nudno" ale dają taki dodatkowy pstryczek pewności, że jestem w dobrym miejscu. 
Z resztą decyzja o tym, że Czarek jest odpowiednim kandydatem na partnera życiowego była naprawdę przemyślana i towarzyszy mi poczucie tego, że ja chce z nim być. Co prawda zdarzyły się nam ze dwie "kłótnie", po których w myślach już pakowałam walizki, ale ostatecznie przegadaliśmy wszystko i jednak do rozstania nie doszło. 

Jak piszę o nudzie, to nie w znaczeniu, że siedzimy na tyłkach w domu i nic nie robimy. Jakby zliczyć nasze wszystkie wyjścia, na koncerty, do opery, do restauracji (tych bardziej i mniej eleganckich), na tańce, do znajomych  na spacer itp., to z dużą dozą prawdopodobieństwa mogłoby się okazać, że tego typu aktywności zajmują nam więcej czasu niż ten który spędzamy w domu. Mówiąc o nudzie, chodzi o taką nudę emocjonalną bez zrywów serca i napięcia. Napięcie pojawia się od czasu do Czasu jak Czarek organizuje mi sesyjkę BDSM, ale o tym napiszę innym razem. Dziś chce tylko powiedzieć, że jestem zadowolona z miejsca, w którym jestem w życiu, staram się je jak najbardziej doceniać i uczyć się akceptować nudę która mi towarzyszy. 

Postaram się wrócić tu jak będzie jakiś gorący temat, bo jak sobie czytam co naskrobałam wyżej to mam wrażenie, że za bardzo to wszystko laurkowate XDD

*obraz wykorzystany na początku został wygenerowany w technologii AI 

Brak komentarzy: