Układanka (Jan - rapowanie)



Jest niedziela, otacza mnie syf i bród. Nie mam chęci ani siły tego sprzątać. Cały czas nie podoba mi się jak graficznie prezentuje się ten blog (pod względem literackim też mnie nie zachwyca), poza tym czytałam, że nie dobrze jest nadawać postom tytuły innych utworów literackich, tak jak ja robię to z piosenkami. Myślę, że mogłabym to zmienić. Tak samo jak pierdolnik w moim pokoju. Najpierw poskładam pranie i pościelę łóżko, później wyniosę kubki po kawie i puste talerze, na koniec sprzątnę śmieci z biurka i może uporządkuję...

Właśnie dostałam biegunki - jak miło. Można powiedzieć, że motywacja aby podnieść dupę z łóżka znalazła mnie sama.

O czym to ja, ach tak - mój facet, powiedział (napisał), że być moim facetem nie chce. Nie jest mi z tego powodu bardzo smutno, ani nie jestem podłamana, tak właściwie to chyba trochę się tego spodziewałam. Spędziliśmy miło walentynki podczas których rozkminialiśmy (nie) moją teorię tego, że: jak się czegoś chce i może to się to robi, na przykładzie wspólnej nocy i ewentualnego seksu. Propozycja wyszła od mojego faceta, a ja w sumie chciałam i mogłam, ale jednak odmówiłam - tak analizowaliśmy to wspólnie! Mój facet nie do końca mnie rozumiał. Co raz to na nowo ubierałam moje myśli w inne słowa, a on zamiast powiedzieć w końcu "tak rozumie Cię" to tylko wpatrywał się we mnie i przecząco kręcąc głową rzucał coś w stylu: ale to nie ma sensu. Pasowało mi to. Ludzie często mówią "rozumiem Cię", w momencie, w którym tylko im się tak wydaje, okrywając swojego rozmówcę płaszczykiem własnych poglądów. Mój facet tego nie robił i Bóg zapłać mu za to, bo dzięki temu, że wspólnie przedefiniowaliśmy pewne pojęcia ja sama dla siebie też lepiej je zrozumiałam.
Stwierdziliśmy wspólnie, że ja nie chcę seksu i to nie logiczne, że wspólna noc, w moim odczuciu równa się z seksem, bo przecież to, że razem zasypiamy nie musi nic oznaczać i już na pewno nie musi kończyć się jak na filmie dla dorosłych.
Ale za dużo w moim życiu jest rzeczy, które nic nie znaczą, a na tym etapie naszej relacji seks byłby kolejną z nich.

Podczas walentynkowego wieczoru dość często zmienialiśmy lokalizację i przy którymś już z kolei drinku w kolejnym barze (jednym z moich ulubionych), mój facet powiedział, że zależy mu na naszej relacji i chciałby abyśmy ją utrzymywali niezależnie, w którą stronę się ona rozwinie. To właśnie te słowa dały mi do myślenia, bo ja planowałam zastosować tu system zero jedynkowy: angażuję się i albo coś z tego wyjdzie, albo nie. Niestety zaangażować się nie zdążyłam.

A propos - mój facet zarzucił mi, albo raczej przyznał, że on tak czuje - że nie jestem zaangażowana w tą relację. Miał rację, bo znamy się krótko, właściwie dopiero się poznajemy, ja mam nie za dobre doświadczenia ze związków w ostatnim czasie, a w międzyczasie rozdaje numer telefonu innym. Jestem psem goniącym samochody. Nie wiedziałbym co robić dalej gdybym jednego złapał. Po prostu... robię rzeczy. 

Ale miałam plan się zaangażować, upiekłam ciastka (w dom jestem kiepska i ciastka też wyszły kiepskie), zakończyłam inne relacje, w których pojawiał się flirt i może kiedyś mogłyby przerodzić się w "coś", zrezygnowałam ze spotkań z innymi chłopakami z szybkich randek i zrobiłam to nie dlatego, że mój facet tego chciał, albo, żeby komuś cokolwiek udowodnić - chociażby sobie. Zrobiłam to, bo on był najlepszy, a ja zdecydowałam się na wybór zero jedynkowy i wybrałam jego... a przynajmniej chciałam wybrać.
I teraz została tylko pustka. Ale ja lubię pustkę, uważam, że jest twórcza i daje przestrzeń na coś nowego, na działanie, na zmianę.

Mam przeczucie, że to nie jest ostatni raz kiedy piszę o moim facecie, ale na razie skupię się na zwiększonym przyjmowaniu płynów i nie będę wybiegać daleko w przyszłość. Jak człowiek za bardzo czegoś chce to może zrobić sobie kuku.

Niedługo przeprowadzka, nowa przestrzeń, nowi ludzie, nowe nawyki i doświadczenia.
Chyba czas ogarnąć dupę i doprowadzić do porządku te stare.
(Nie zgadniecie kto właśnie pyta jak mija mi niedziela).

Too Many Friends - Placebo

Koleżanka w pracy zapytała mnie dziś:
- I jak tam z tym Twoim facetem?
I wiecie co? Spodobało mi się to określenie, bo poznałam kogoś kto jeszcze formalnie nie jest moim facetem, ale myśl, że mógłby być moim facetem to bardzo przyjemna myśl. Nawet teraz na samo wspomnienie szczerze się do monitora. 
I uwaga nowość: nie poznaliśmy się w internecie!

Tydzień temu byłam na szybkich randkach i nawet chciałam zrobić oddzielny post o tym jak to wszystko wyglądało, jak się czułam i kogo tam poznałam, ale wyszły flaki z olejem pisane przez jakąś babę bez humoru, więc sobie darowałam. Mam niedokończony post w wersjach roboczych, może kiedyś go wrzucę. Teraz to już nie ważne, bo chce wam opowiadać jak tam z MOIM FACETEM!

A więc tak, po szybkich randkach trochę mailowaliśmy ze sobą (to ja napisałam pierwsza). Umówiliśmy się na kolację niedaleko mojego zadupia, zjedliśmy dobre jedzonko, a później pojechaliśmy mnie odwieźć i jeszcze gadaliśmy w samochodzie i zrobiło się też bardziej miło i namiętnie. Może zbyt namiętnie. Jakbym miała możliwość powtórki, to raczej zrezygnowałabym z tej części. Nie żeby mi się nie podobało, ale chyba wolałabym zostawić to trochę na później.
Z resztą MÓJ FACET już na sam koniec, też przyznał, że bardziej podobały mu się te "delikatne momenty".

Następne spotkanie mieliśmy zaplanowane już na następny dzień tym razem w programie było: indyjskie jedzone, łyżwy, zakupy i fikuśny buziak na do widzenia. A teraz właśnie wyciągam go do kina na "Parasite". Mówi, że w ogóle nie wie o co chodzi - no co za ludź, ale najważniejsze, że "możemy się wybrać"^^
A wracając na chwilę do łyżew - wiecie, że MÓJ FACET pomyślał nawet o tym aby wziąć dla mnie skarpetki na zmianę? To było super miłe (co prawda ja też pomyślałam, aby wziąć dla mnie drugą parę, ale tylko dlatego, że dwa dni wcześniej jak byłam ze znajomymi na łyżwach to o tym nie pomyślałam i wracałam w mokrych - nie polecam).

Ale mam też mały problem. Nie myślałam, że kiedykolwiek to powiem, ale kiedy jestem przy niem to nie do końca wychodzi mi mówienie. Ja sztukę konwersacji opanowałam w mojej skromnej opinii dość przyzwoicie. Więc nawet jeśli wychodzi to gorzej niż zwykle, niż powinno to i tak jest nieźle. Ale zaczyna mnie to powoli denerwować, gubię wątki, zdania wychodzą jakieś takie byle jakie i w sumie o niczym, zwłaszcza jak próbuję o czymś opowiadać, a przecież to jest właśnie mój konik. Nie wiem o co chodzi. Może jego osoba faktycznie mnie trochę onieśmiela, ale no do kurwy nędzy to nie jest pierwszy raz kiedy rozmawiam z błyskotliwym, przystojnym facetem i do tej pory takie kontakty nie powodowały u mnie zaburzeń łączności na trasie mózg - język. Ale też żaden facet nie świdrował mnie tak swoimi pięknymi szaroniebieskimi oczami.

Mam też inną teorią, tak nawiązując do bardzo nieodległych i często tu wspominanych czasów internetów. Większość moich romantycznych relacji i właściwie wszystkie z kategorii "tych na poważnie" zaczynało się właśnie w internecie. Poznawanie tam ludzi idzie mi dość sprawnie i gdy już umawiam się z kimś na spotkanie to mam pewną "bazę". A to z kolei pozwala mi czuć się dość pewnie. Co prawda nigdy nie jest dokładnie tak jak się tego spodziewam, ale mimo wszystko, poruszałam się w pewnych znanych i bezpiecznych schematach, a to co teraz rodzi się z MOIM FACETEM, jest zupełnie czymś nowym i może stąd ten brak swobody i niepewność. Kurde ja nawet nie jestem pewna czy mu się podobam. Ale nie ma co gdybać, zobaczymy jak to się wszystko wyklaruje. Może jak nie będę odstawiać więcej krzywych akcji to pójdzie to w dobrą stronę (o "akcjach" innym razem, o i wtedy opowiem też o psie i wiewiórkach).

Zrobiła się dwudziesta trzecia, a post zaczęłam pisać po osiemnastej idę pod szybki prysznic i spać.
MÓJ FACET pyta czy wyślę mu jakieś zdjęcie na dobranoc - wysłać?