Ordinary love


Pod koniec listopada byliśmy z Arkiem u moich znajomych, którzy zapytali nas jak spędzamy wigilię. Ja również popatrzyłam na mojego chłopaka pytająco, a on skwitował coś w stylu, że przecież jest dużo czasu i że jeszcze ustalimy. Pomyślałam sobie, że pewnie nie chce mnie jeszcze zaprosić do swojego rodzinnego domu i boi się, że zrobi mi tym przykrość. Jak dla mnie to luz, ale nie ruszałam tematu. Były jeszcze dwie sytuacje kiedy padło w naszą stronę pytanie o wieczór przedświąteczny i za każdym razem nie pojawił się żaden konkret. Ech...

Mój tata w tym roku niestety całą wigilię będzie musiał spędzić w pracy, wraca dopiero rano w pierwszy dzień świąt, dlatego moja mama oznajmiła, że w tym roku zrobimy sobie wigilię dzień wcześniej tak abyśmy mogli spędzić ją wspólnie. Dziś zapytałam, Arka który właśnie zasnął u mnie w sypialni, czy spędziłby tą wigilię wigilii ze mną i moją rodziną (gdzie przy różnych okazjach byliśmy już kilkukrotnie). A on odmówił... i tu już zrobiło mi się trochę przykro. Wiem, że gdybym przycisnęła to Arek przemógłby się i poświęcił mi ten dzień, zapewne nawet z entuzjazmem, ale no to nie o to chodzi aby "wymuszać" na nim takie czy inne zachowania. 

Czuję się lekko rozgoryczona i tak się zastanawiam, że chyba znów jesteśmy na innych etapach w naszym związku. Od jakiegoś czasu trochę intensywniej zastanawiam się nad miłością mad tym czy to co czuję do Arka to właśnie jest to, bo odkąd mój chłopak przestał być dla mnie zimną rybką nie do złowienia to emocje trochę siadły. I tak sobie kminie: a co jak dojdę do wniosku, że to jednak nie jest to, że znów kogoś skrzywdzę itd? Do tej pory myślałam, że to On jest mocniej zaangażowany, a tu psikus. Bo dla mnie przebywanie z nim w każdych warunkach (czy to rodzinnych, czy ze znajomymi, czy sam na sam), to żaden problem, wychodzę z założenia, że co by nie było to lepiej z nim niż bez niego. A on jednak u siebie w domu mnie nie chce, mimo, że wcześniej kilkukrotnie zapraszał.

Arek jest zupełnie innym typem osobowościowym niż ja, znacznie bardziej zamkniętym i w kręgi rodzinnym też wychodzi na to, że nie łatwo się włamać. Paradoksalnie ja nawet nie koniecznie chce się tam włamywać, chodzi o sam fakt, że nie była to opcja dla mnie. 

Sama nie wiem czy teraz tak tylko mówię niczym naburmuszone dziecko czy faktycznie jestem naburmuszona. Nie mam ochoty iść do niego do łóżka i jednocześnie mam, bo to przecież jest mój KociArek. Chyba okres mi się zbliża, bo pod powiekami zbierają mi się łezki. 

Z ogłoszeń parafialnych to tyle, do usłyszenia (jeśli ktoś z was czyta sobie na głos) za kolejne pół roku. W wersjach roboczych niby pisałam coś więcej (ale co was obchodzą moje wersje robocze). W każdym razie miłego dla was i dla mnie. 


Była dziewczyna



Siedzę na podłodze, popijam winśko i czekam na mojego chłopaka. Ułożyło się z Arkiem i na pytane czy mam kogoś mogę twierdząco pokiwać głową. Ale to wszystko nie jest takie proste. Blog się trochę nie sprawdza, miałam wstawić wcześniej kilka postów ale.. Arek jest człowiekiem, który swoją prywatność ceni bardzo wysoko i ja też chce ją szanować i powstaje problem, booo nie mogę z całą pewnością obiecać, że nigdy nikomu nie powiem o tym blogu i że zawsze pozostanie anonimowy. Refleksje o penisach, seksie (albo jego braku) i różnych trudnościach nie są tym czym mogę się z wami podzielić (wracamy do wersji papierowej trolo lolo). Ale wydam jakieś mniej lub bardziej oficjalne oświadczenie (xd) Dotyczące bardziej mnie niż jego, chociaż jak się nakręcę to może wyjść różnie.

Moja relacja z Arkiem mocno ewoluuje i myślę, że codziennie mogłabym wymieniać inne rzeczy, które mnie emocjonują lub frustrują. Ostatnio jest to jego była dziewczyna. I żeby nie było, że oczerniam chłopaka. On sam postawił sprawę jasno, że tamta relacja to zamknięty rozdział, do którego nie ma powrotu. Nie daje mi w żaden sposób odczuć, że mogę czuć się zagrożona, wgl. praktycznie o niej nie mówi i chyba właśnie to mnie boli, że tamta dziewczyna jest sacrum, do którego ja nie mam dostępu. Do tego mam wrażenie, że to nie jest do końca przepracowany temat. Że ona cały czas zajmuje ważne miejsce w jego serduchu, że pewnie zawsze będzie i... w sumie rozumiem to. Ona jest dla niego takim moim Jehanym (opowiem wam kiedyś). I żeby nie było - nie mam pretensji... ale ewidentnie coś mam. 

Frustruje mnie to, że nie jestem na pierwszym miejscu, że muszę mocno pracować aby tam się znaleźć. Że pakiet, który ja daje na początek Arkowi jest dużo szerszy niż ten, który on daje mi, a on nawet nie chce z niego korzystać. Ostatnio, gdy się chciałam przednim otworzyć opowiadając o trudnych momentach sercowych jakie miałam w przeszłości on powiedział, że go to nie obchodzi (sic!) 

I wkurwia mnie to trochę, że z jednej strony zarzuca mi, że jestem zbyt zaborcza w zadawaniu pytań, że przez to on nie ma okazji zadać swoich, a gdy ja się otwieram to on mówi to co mówi (właściwie to powiedział, bo to była jednorazowa sytuacja, która wydarzyła się dwa miesiące temu, a i tak jest mi zadrą w sercu). Kurwa mam chyba jakieś problemy z hormonami, bo rusza mnie ostatnio dużo rzeczy związanych z Arkiem. Dobra nie okłamujmy się - rozchwianie emocjonalne wcale nie jest u mnie jakąś wielką anomalią. 
W przeciwieństwie do Arka. Arek jest  pod tym względem znacznie bardziej dojrzały i świadomy. Jeśli miałabym szukać powodów jego "braku zainteresowania" to obstawiałabym kontrole nad sobą, że nawet jeśli interesuje go moje dotychczasowe  życie erotyczne (chce wierzyć, że interesuje), to chłopak nie chce być nie delikatny. Nie chce wyciągać ze mnie jakichś rzeczy, których opowiedzenie mogłoby być dla mnie trudne albo nie chciałabym ich powiedzieć (inna rzecz, że ze mną nie trzeba obchodzić się jak z jajkiem i chciałabym - tym bardziej im bardziej miałoby być to trudne). A może to on nie chciał w tym momencie opowiadać o swoim życiu erotycznym...

Podsumowując wkurwia mnie dyplomacja jaka zagościła w naszym związku, że trzeba się pięć razy zastanawiać co wypada, a czego nie wypada powiedzieć. Zamiast po ludzku wyłożyć kawę na ławę, to u nas są jakieś podchody i labirynty. I niby jest pełna szczerość, a jednak nie o wszystkim rozmawiamy ze sobą szczerze. Wydaje mi się, że to nie tak powinno wyglądać, na tym etapie znajomości.  

Od otwartości do intymności


Ten post co prawda długo dojrzewał, ale musiał się w końcu pojawić. Odkąd się przeprowadziłam wkręcam się w nową relacja, tak inną* od wszystkich tych, które miałam do tej pory, że aż nie wiem z której stron to ugryźć, aby sprzedać wam w jakiejś przystępnej, zrozumiałej formie.
Ale jeszcze zanim o tym, to opowiem wam podryw, który zaliczyłam jadąc na randkę z Michałem, (to ten, którego znacie pod pseudonimem "mój facet", ale, że to teraz już totalnie (nie)mój facet to trzeba zmienić formę). Wiem, to już zamierzchłe czasy, ale sytuacja, która w konsekwencji się wyklarowała, miała bezpośredni wpływ na "środowisko" w którym zaczęła się ta nowa relacja. Postaram się krótko.

Jadąc na randkę z Michałem, zgadałam się z innym (obcym) chłopakiem, który był tak diabelsko uroczy, że zauroczona (bardziej całą sytuacją niż nim), dałam mu swój numer. Nie wiązałam z nim żadnej przyszłości, ale podobał mi się sposób w jaki zagadał i w nagrodę i żeby go nie zniechęcać na przyszłość dałam mu numer. Nie widziałam w tym nic złego, wszak z Michałem to jeszcze nic oficjalnego, a dla mnie to nic nie znaczyło, nawet bez oporów opowiedziałam o tym Michałowi. No ale Michał widział w tym problem. Nie zdenerwował się, ale skisło coś. I to na tyle skisło, że postanowiłam zakończyć wszystkie jakieś nieoficjalne romantyczne relacje, w które poza Michałem byłam wplątana. Większość z nich to koledzy z internetu, którzy trafili do worka: potencjalny przyszły mąż (po rozstaniu z chłopakiem prawie wszyscy mężczyźni, których poznawałam tam trafiali). Wiedziałam, że Michał mi się podoba i stwierdziłam, że jeśli chce myśleć o nim na poważnie to trzeba oczyścić atmosferę. I zrobiłam to dość bezpośrednio w stylu: wiem, że fajnie nam się gadało, ale poznałam kogoś, o kim chciałabym zacząć myśleć poważnie, więc nara. I takich wiadomości wysłałam z pięć (dużo i nie dużo), dla mnie na pewno nie zdrowo. 

Co ciekawe chłopak, o którym chce wam dziś opowiadać, też znajdował się w tym czasie w worku na potencjalnego przyszłego męża, ale z nim był ten "problem", że poza tym, że wiedziałam, że też niedawno rozpadł mu się długi związek i powoli myśli o tym, aby wpakować się w kolejny, to nie wypłynęło pomiędzy nas nic romantycznego. Żadnych rozmów na temat seksu, buziaczków, przesyłania zdjęć, komplementów... kumpel po prostu kumpel. I chyba nawet pisałam mu na bieżąco o uroczym podrywie i późniejszej chujni z Michałem. Z resztą nie ważne. Chodzi o to, że atmosfera została oczyszczona, miejsce dla Michała zrobione, ale jak wiecie no z Michałem nie pykło i została trochę dupa blada. Sama w nowym mieszkaniu, trochę nieporadna, trochę przestraszona, a trochę spragniona bliskości i obecności drugiego człowieka w łóżku, niczym wygłodniała pijawka krwi.
No, a tej krwi też nie bardzo było skąd zaczerpnąć...

No i w tym wszystkim pojawia się Arkadiusz. Młody lotnik, wykształcony, wychowany z zasadami. To on pomógł mi z pierwszym ogarnięciem mieszkania, kiedy ani ja ani ono nie było w formie. Przywiózł bukiet kwiatów na dzień kobiet, tak duży, że jak stanął w progu to nie było widać go z za tych wszystkich tulipanów. Zabrał na recital kontrabasu i wiolonczeli. Podarował szlafrok kota, a przede wszystkim wielokrotnie umilał czas wpadając czy to na film, czy to na planszówki czy jedzonko i posiadówy w kuchni przy herbacie.

No więc tak, miałam niemal pewność, że mu się podobam, bo gdybym mu się nie podobała to przecież nie poświęcałby mi tyle swojej uwagi (mam nadzieję), a mimo to cały czas nie pojawiało się nic romantycznego.
I właśnie to było dziwne. Ja byłam w relacjach, gdzie z chłopakami łączyło mnie czasami znacznie mniej niż z nim, a pojawiała się bliskość, fizyczność. Nawet nie koniecznie rozumiana jako seks, tylko jakiś dotyk, flirt, głaskanie po rękach, wyzywające patrzenie w oczy. Właściwie w całym moim życiu fizyczność była na pierwszym miejscu, albo przynajmniej na równi z całą niefizyczną resztą jeśli chodzi o tworzenie relacji. Najpierw kogoś dotykałam, a później pytałam jak ma na imię. I tak jak mówię, tu nie chodzi o seks, a samo wchodzenie w intymność z drugim człowiekiem. Seks czasem później z tego wypływał oczywiście, ale.. to nie o seks jako taki się teraz rozchodzi.

Arkadiusz jest pierwszym facetem, który naprawdę potrafi mnie "usadzić". Przy nim nie jestem już ekspresyjnym chaosem, który czeka aby wchłonąć kolejną ofiarę. A może jestem, tylko on pozostaje niewzruszony. A dla mnie to prawdziwa nowość, że nie można tak po prostu sobie podejść i kogoś wziąć czy chociaż dotknąć - wszyscy przecież lubią być dotykani. Ja lubię, ja chcę, no ale Arkadiusz to zagadka. Przyjaciele doradzają mi: porozmawiaj z nim o tym co jest między wami, niech Ci określi blablab blablala bla - ale wiecie co - nie chce nic określać. Bo ja też właściwie co? Mogę mu zaoferować moje ciało, wypełnienie pustej przestrzeni w łóżku, ale poza tym...

A druga rzecz, to, że podoba mi się to doświadczanie nowego. Relacje, gdzie uzewnętrznia się niemal każdą emocje, myśl i pragnienie dotyczące tej drugiej osoby znam. Taką gdzie spędzamy z satysfakcją czas ze sobą i nic więcej nic mniej poza to - nie. Chociaż mam obawę, a właściwie nawet dwie. Nie są wielkie, jedna mniejsza od drugiej, no ale, gdzieś tam z tyłu głowy siedzi:

1 - że może wcale mu się nie podobam i po prostu jest fajnie, bo jest fajnie, ale jak pojawi się ktoś inny to pójdę w odstawkę.

2 - że faktycznie później, z różnych powodów może być problem zbudować bliskość. Bo na przykład zacznie mi za bardzo zależeć i bojąc się, żeby nie spierdolić tego co mamy nie będę chciała iść z tym dalej, albo, że nigdy nie nauczymy się gadać o rzeczach, które mamy w środku. 

Ale to póki co takie naprawdę małe smuteczki. Bo jest fajnie, jak chyba nigdy nie było.

I ja też czuję, że "ewoluuję" przy nim. Odezwał się do mnie stary znajomy, z którym też swego czasu z łatwością "robiło się fizycznie". Opowiadałam mu trochę, o Arku, a on rzucił mi hasłem, że: żałuje, że mnie nie przeruchał jak była ku temu okazja (sic!). Wkurwiłam się z leksza i poprosiłam, aby darował sobie takie teksty, on się zdziwił czemu mnie to oburza, a ja sobie uświadomiłam, że jeszcze trzy miesiące temu to nie byłby problem. Miałam podejście, że to naturalne, że ludzie chcą seksu i ostentacyjne komunikowanie tego nie jest niczym nie właściwym. Właściwie nadal tak uważam, ale teraz jest Arek, który pokazał mi wyżyny tego jak mogą wyglądać relację między ludźmi i ja chyba chcę właśnie tak jak on to pokazuje :)

* czytaj normalną^^

Niemiłość - ØRGANEK

Mój facet w ostatnich wiadomościach do mnie najpierw odmówił wspólnego wyjścia, a później napisał mi tak: (zacytuję, bo może faktycznie to ja czegoś tu nie rozumiem)

ja: czy odmowę i weekendowy brak zainteresowania powinnam traktować osobiście?
mój facet: Nie ale myślałem o nas i chyba wolałbym pozostać na stopie koleżeńskiej.. sic!

No to sobie pomyślałam trudno i odpuściłam. Niby wymienialiśmy później kilka suchych wiadomości w stylu: co robisz, jak u Ciebie (to on zawsze pisał pierwszy), ale raczej na tamtą chwilę rozdział "mój facet" został zamknięty.
Co prawda miałam gdzieś z tyłu głowy, że może kiedyś jeszcze się zgadamy. On pewnie poznał kogoś, albo po prostu nie podobam mu się, ale przecież w przyszłości może się to wszystko zmienić. Dlatego tytuł poprzedniego posta to była układanka: "nie wchodź (jej) w paradę nawet jak jest Ci jej brak, bo jak macie być ze sobą, to nawet za parę lat.. myślicie oboje w sumie czemu nie spróbować. Jak tak nie będzie - chuj w to pojawi się nowa..." Mniej więcej taki miałam nastrój i myślenie w tamtym czasie. Było mi źle, tym bardziej, że mój facet ma wiele cech, które bardzo podobają mi się w ludziach, jak: charyzmę, zawadiackość czy głos, (nie jest to taka typowa męska barwa. Chłopak ma dość wysoki głos, nawet może lekko kobiecy, jest w nim krzykliwość (on cały jest z resztą krzykliwy), ale zarazem delikatność i w połączeniu z jego bardzo męską aparycją i rysami twarzy, tworzy się niezmiernie magnetyzująca mieszanka).
Więc wracając - było słabo. Tym bardziej, że wszystko działo się chwilę przed przeprowadzką, a mieliśmy dość ambitne plany na zagospodarowanie czasu u mnie w mieszkaniu i się posypało.. tak to jest, dlatego często mówię, że lepiej nie planować. Życiowe doświadczenie uczy mnie, że jak sobie coś zaplanuję, to co najwyżej możne wyjść odwrotnie.

Dobra, powoli dochodzimy do tego o czym chciałam pisałam na początku, a mianowicie tego czego za cholerę nie czaję, bo mój pożal się Panie Bożę facet, napisał do mnie (trochę ponad tydzień temu)
i w tym miejscu znowu posłużę się cytatem, żeby nie było, że coś kręcę:

Mój facet: ...jak pierwsza noc na swoim?
ja: dobrze (...)
Mój facet: (srutu tutu) a nie brakowało Ci mnie 😔? 
ja: żartujesz sobie czy pytasz poważnie?
Mój facet:co to za spina?/ Zapytałem tylko. Czemu pytasz czy żartuje?/ Ale co stoi na przeszkodzie aby zacząć od koleżeństwa? Czy to od razu musi być związek?
ja: to Ty napisałeś, że nie chcesz iść dalej xd
Mój facet: Ale nie określiłem czy teraz czy ogólnie... A Ty nie byłaś chętna na dyskusję./ Szkoda, że nie doprecyzowaliśmy/ no postanowiłaś, że moje słowa nas skreślają, a tak  w rzeczywistości nie było... (że niby ja tu coś postanowiłam!)
ja: coś na kształt: o chuj Ci teraz chodzi
Mój facet: pisząc to wtedy powiedziałem, że w danym momencie nie chce aby to był związek, chciałem jeszcze się spotkać etc i to określiłem... (...)
ja: idź w cholerę

Nie znam słów, którymi mogłabym opisać jakiego wkurwa złapałam na resztę dnia po tej rozmowie.
Ja jestem naiwna, nie uwierzycie w jakie akcje dawałam się wkręcać facetom, ale teraz nawet moje wrodzone przypisywanie ludziom dobrych intencji i zwyczajnego chciejstwa aby mój facet naprawdę stał się moim facetem nie przysłoniły zdrowego rozsądku. Chłopak ewidentnie próbuje odwrócić kota ogonem i kręci. Może inna laska dała mu kosza, albo jest narcyzem zdziwionym, że nie latam za nim jak pojebana, to z resztą nieważne. Zjebał. Wcześniej nawet byłam pod wrażeniem, że facet potrafi się określić i nie bawi się w gierki. Sama wiem jak trudno powiedzieć komuś, że to nie jest to, a on stanął na wysokości zadania. W mojej ocenie to było bardzo dojrzałe i świadczyło, że chłop faktycznie wie czego chce. I ja go chciałam. Chciałam się starć lepsza dla niego takiego.
No, ale zjebał. Rozpłynęły się mrzonki o szczęśliwej układance i już nic od niego nie chce. Buum.
To tyle ode mnie - wracam do pracy.

* Piszę posty z dość dużym opóźnieniem, więc nie jest to moja reakcja na "świeżo", ale dla samego bloga, to chyba nawet lepiej. Może nie będzie (aż tak bardzo) chaotycznie. 

Układanka (Jan - rapowanie)



Jest niedziela, otacza mnie syf i bród. Nie mam chęci ani siły tego sprzątać. Cały czas nie podoba mi się jak graficznie prezentuje się ten blog (pod względem literackim też mnie nie zachwyca), poza tym czytałam, że nie dobrze jest nadawać postom tytuły innych utworów literackich, tak jak ja robię to z piosenkami. Myślę, że mogłabym to zmienić. Tak samo jak pierdolnik w moim pokoju. Najpierw poskładam pranie i pościelę łóżko, później wyniosę kubki po kawie i puste talerze, na koniec sprzątnę śmieci z biurka i może uporządkuję...

Właśnie dostałam biegunki - jak miło. Można powiedzieć, że motywacja aby podnieść dupę z łóżka znalazła mnie sama.

O czym to ja, ach tak - mój facet, powiedział (napisał), że być moim facetem nie chce. Nie jest mi z tego powodu bardzo smutno, ani nie jestem podłamana, tak właściwie to chyba trochę się tego spodziewałam. Spędziliśmy miło walentynki podczas których rozkminialiśmy (nie) moją teorię tego, że: jak się czegoś chce i może to się to robi, na przykładzie wspólnej nocy i ewentualnego seksu. Propozycja wyszła od mojego faceta, a ja w sumie chciałam i mogłam, ale jednak odmówiłam - tak analizowaliśmy to wspólnie! Mój facet nie do końca mnie rozumiał. Co raz to na nowo ubierałam moje myśli w inne słowa, a on zamiast powiedzieć w końcu "tak rozumie Cię" to tylko wpatrywał się we mnie i przecząco kręcąc głową rzucał coś w stylu: ale to nie ma sensu. Pasowało mi to. Ludzie często mówią "rozumiem Cię", w momencie, w którym tylko im się tak wydaje, okrywając swojego rozmówcę płaszczykiem własnych poglądów. Mój facet tego nie robił i Bóg zapłać mu za to, bo dzięki temu, że wspólnie przedefiniowaliśmy pewne pojęcia ja sama dla siebie też lepiej je zrozumiałam.
Stwierdziliśmy wspólnie, że ja nie chcę seksu i to nie logiczne, że wspólna noc, w moim odczuciu równa się z seksem, bo przecież to, że razem zasypiamy nie musi nic oznaczać i już na pewno nie musi kończyć się jak na filmie dla dorosłych.
Ale za dużo w moim życiu jest rzeczy, które nic nie znaczą, a na tym etapie naszej relacji seks byłby kolejną z nich.

Podczas walentynkowego wieczoru dość często zmienialiśmy lokalizację i przy którymś już z kolei drinku w kolejnym barze (jednym z moich ulubionych), mój facet powiedział, że zależy mu na naszej relacji i chciałby abyśmy ją utrzymywali niezależnie, w którą stronę się ona rozwinie. To właśnie te słowa dały mi do myślenia, bo ja planowałam zastosować tu system zero jedynkowy: angażuję się i albo coś z tego wyjdzie, albo nie. Niestety zaangażować się nie zdążyłam.

A propos - mój facet zarzucił mi, albo raczej przyznał, że on tak czuje - że nie jestem zaangażowana w tą relację. Miał rację, bo znamy się krótko, właściwie dopiero się poznajemy, ja mam nie za dobre doświadczenia ze związków w ostatnim czasie, a w międzyczasie rozdaje numer telefonu innym. Jestem psem goniącym samochody. Nie wiedziałbym co robić dalej gdybym jednego złapał. Po prostu... robię rzeczy. 

Ale miałam plan się zaangażować, upiekłam ciastka (w dom jestem kiepska i ciastka też wyszły kiepskie), zakończyłam inne relacje, w których pojawiał się flirt i może kiedyś mogłyby przerodzić się w "coś", zrezygnowałam ze spotkań z innymi chłopakami z szybkich randek i zrobiłam to nie dlatego, że mój facet tego chciał, albo, żeby komuś cokolwiek udowodnić - chociażby sobie. Zrobiłam to, bo on był najlepszy, a ja zdecydowałam się na wybór zero jedynkowy i wybrałam jego... a przynajmniej chciałam wybrać.
I teraz została tylko pustka. Ale ja lubię pustkę, uważam, że jest twórcza i daje przestrzeń na coś nowego, na działanie, na zmianę.

Mam przeczucie, że to nie jest ostatni raz kiedy piszę o moim facecie, ale na razie skupię się na zwiększonym przyjmowaniu płynów i nie będę wybiegać daleko w przyszłość. Jak człowiek za bardzo czegoś chce to może zrobić sobie kuku.

Niedługo przeprowadzka, nowa przestrzeń, nowi ludzie, nowe nawyki i doświadczenia.
Chyba czas ogarnąć dupę i doprowadzić do porządku te stare.
(Nie zgadniecie kto właśnie pyta jak mija mi niedziela).

Too Many Friends - Placebo

Koleżanka w pracy zapytała mnie dziś:
- I jak tam z tym Twoim facetem?
I wiecie co? Spodobało mi się to określenie, bo poznałam kogoś kto jeszcze formalnie nie jest moim facetem, ale myśl, że mógłby być moim facetem to bardzo przyjemna myśl. Nawet teraz na samo wspomnienie szczerze się do monitora. 
I uwaga nowość: nie poznaliśmy się w internecie!

Tydzień temu byłam na szybkich randkach i nawet chciałam zrobić oddzielny post o tym jak to wszystko wyglądało, jak się czułam i kogo tam poznałam, ale wyszły flaki z olejem pisane przez jakąś babę bez humoru, więc sobie darowałam. Mam niedokończony post w wersjach roboczych, może kiedyś go wrzucę. Teraz to już nie ważne, bo chce wam opowiadać jak tam z MOIM FACETEM!

A więc tak, po szybkich randkach trochę mailowaliśmy ze sobą (to ja napisałam pierwsza). Umówiliśmy się na kolację niedaleko mojego zadupia, zjedliśmy dobre jedzonko, a później pojechaliśmy mnie odwieźć i jeszcze gadaliśmy w samochodzie i zrobiło się też bardziej miło i namiętnie. Może zbyt namiętnie. Jakbym miała możliwość powtórki, to raczej zrezygnowałabym z tej części. Nie żeby mi się nie podobało, ale chyba wolałabym zostawić to trochę na później.
Z resztą MÓJ FACET już na sam koniec, też przyznał, że bardziej podobały mu się te "delikatne momenty".

Następne spotkanie mieliśmy zaplanowane już na następny dzień tym razem w programie było: indyjskie jedzone, łyżwy, zakupy i fikuśny buziak na do widzenia. A teraz właśnie wyciągam go do kina na "Parasite". Mówi, że w ogóle nie wie o co chodzi - no co za ludź, ale najważniejsze, że "możemy się wybrać"^^
A wracając na chwilę do łyżew - wiecie, że MÓJ FACET pomyślał nawet o tym aby wziąć dla mnie skarpetki na zmianę? To było super miłe (co prawda ja też pomyślałam, aby wziąć dla mnie drugą parę, ale tylko dlatego, że dwa dni wcześniej jak byłam ze znajomymi na łyżwach to o tym nie pomyślałam i wracałam w mokrych - nie polecam).

Ale mam też mały problem. Nie myślałam, że kiedykolwiek to powiem, ale kiedy jestem przy niem to nie do końca wychodzi mi mówienie. Ja sztukę konwersacji opanowałam w mojej skromnej opinii dość przyzwoicie. Więc nawet jeśli wychodzi to gorzej niż zwykle, niż powinno to i tak jest nieźle. Ale zaczyna mnie to powoli denerwować, gubię wątki, zdania wychodzą jakieś takie byle jakie i w sumie o niczym, zwłaszcza jak próbuję o czymś opowiadać, a przecież to jest właśnie mój konik. Nie wiem o co chodzi. Może jego osoba faktycznie mnie trochę onieśmiela, ale no do kurwy nędzy to nie jest pierwszy raz kiedy rozmawiam z błyskotliwym, przystojnym facetem i do tej pory takie kontakty nie powodowały u mnie zaburzeń łączności na trasie mózg - język. Ale też żaden facet nie świdrował mnie tak swoimi pięknymi szaroniebieskimi oczami.

Mam też inną teorią, tak nawiązując do bardzo nieodległych i często tu wspominanych czasów internetów. Większość moich romantycznych relacji i właściwie wszystkie z kategorii "tych na poważnie" zaczynało się właśnie w internecie. Poznawanie tam ludzi idzie mi dość sprawnie i gdy już umawiam się z kimś na spotkanie to mam pewną "bazę". A to z kolei pozwala mi czuć się dość pewnie. Co prawda nigdy nie jest dokładnie tak jak się tego spodziewam, ale mimo wszystko, poruszałam się w pewnych znanych i bezpiecznych schematach, a to co teraz rodzi się z MOIM FACETEM, jest zupełnie czymś nowym i może stąd ten brak swobody i niepewność. Kurde ja nawet nie jestem pewna czy mu się podobam. Ale nie ma co gdybać, zobaczymy jak to się wszystko wyklaruje. Może jak nie będę odstawiać więcej krzywych akcji to pójdzie to w dobrą stronę (o "akcjach" innym razem, o i wtedy opowiem też o psie i wiewiórkach).

Zrobiła się dwudziesta trzecia, a post zaczęłam pisać po osiemnastej idę pod szybki prysznic i spać.
MÓJ FACET pyta czy wyślę mu jakieś zdjęcie na dobranoc - wysłać?

Znajda - Lao Che

Zauważyłam, że często im mniej ktoś jest mną zainteresowany i zachowuje dystans, tym bardziej mnie do niego ciągnie, ale póki co w moim życiu uczuciowym nic się nie dzieje. Jest szansa, że zmieni się to już w następnym tygodniu, ale nie wyprzedzajmy faktów.
Za miesiąc się wyprowadzam - jeea! Znalazłam brzydkie mieszkanie z balkonem w dobrej lokalizacji, za małe pieniądze - marzenie! Witaj niezależność!
Chciałam wykorzystać ten chwilowy przestój, żeby opowiedzieć wam trochę o moich poprzednich związkach. Jeszcze nie o tym ostatnim, najbardziej poważnym, o którym też na pewno kiedyś napiszę, ale chciałabym zrobić to na chłodno i w dobrym momencie, a teraz ani nie jest chłodno, ani moment nie jest dobry. Ale już wiem.

Coś kontrowersyjnego, kojarzycie ptaki ciernistych krzewów?
Kilka lat temu poznałam Piotra. Piotr jest przystojnym mężczyzną po pięćdziesiątce. Tak podobają mi się starsi mężczyźni. Tak, marzył mi się taki romans, ale teraz wiem, że w moim przypadku to nie przejdzie. Teraz, bo wcześniej... spotykałam się z Piotrem. Piotr był mega, imponował mi pod niemal każdym względem. Skończył wymagające studia, pisał publikacje naukowe, był bardzo poważany w swoim środowisku, jeździł po świecie, prowadził szkolenia. Miał wiedzę, charyzmę, pasję, ogromną wiarę, żonę i chęć na młodziutką dziewczynę. Z zasady nie angażuję się w związki z zajętymi facetami. Nie chcę być "tą drugą", szanujmy swój czas. Ale w Piotra zaangażowałam się zanim dowiedziałam się, że pierwsze miejsca są już pozajmowane. W sumie zaangażowałam to też za dużo powiedziane. Po prostu chodziliśmy razem do piwnicznych kawiarni na starym mieście, gdzie rozmawialiśmy o książkach, które czytam, o filozofii i Bogu. Piotr słuchał tego co do niego mówię i naprawdę go to interesowało - w tamtym czasie to był fenomen. Słuchał, zadawał pytania, znów słuchał. I nawet, gdy się wahałam, gdy jedną teorią zaprzeczałam drugiej, on wydawał się taki zafascynowany tym jak myślę i co mam w głowie. To był dla mnie ogromny komplement. Bo wiecie ja chyba nie jestem ładna. Znaczy wiem, że moje ciało może się podobać i gdy ktoś mówi mi, że jestem piękna, pociągająca czy cokolwiek to nie wdaje się w dyskusję o estetyce i że ja uważam inaczej. Ale to co jest we mnie najlepsze, jest u mnie w głowie i jak ktoś docenia to w pierwszej kolejności, (a Piotrek prawdziwie doceniał), to mnie ma. To ja jestem szczęśliwa jakbym wygrał yyy... coś co bardzo chciałabym wygrać i przy Piotrku byłam właśnie taka szczęśliwa i chciałam odwdzięczyć mu się za to szczęście. Wiedziałam, że brakuje mu bliskości i że nie chodzi mu tylko o seks, ale tego również by chciał. Nawet wysłał mi kilka swoich aktów (pięknych aktów) i pisał, co by zemną zrobił, gdyby mógł zrobić...

No ale zanim doszło do czegokolwiek, okazało się, że Piotruś to kłamca. Mówiłam, że miał żonę?
Właściwie to nie miał. Miał za to przyjęty sakrament kapłaństwa, złożone śluby czystości i takie tam...

Wkurwiłam się. Napisałam dużo słów których nie myślałam, on przeprosił, ja kazałam mu spierdalać. Później ja napisałam, przeprosiłam, bo w sumie kim jestem aby go oceniać. Rozumiałam jego samotność. Poza tym nie doszło między nami do niczego fizycznie. Tylko na poziomie psychicznym i emocjonalnym pojawiła się ta... namiętność, która pojawić się nie powinna.

Mamy kontakt do dziś: czasami zdarza mi się słuchać jego konferencji na yt, on czasem napisze z pytaniem co tam u mnie, albo gadamy o moim "kryzysie" wiary. Jest spoko, czuję, że coś dobrego z tego wyszło. Tylko szkoda, że nie było w tym wszystkim od początku prawdy. Puenty nie ma.

(oczywiście imię i miejsca zmienione - obiecałam, że nie narobię chłopu problemów).

What is the thing called love - editors



Od razu sprostowanie: Nie mam (jeszcze) męża. Ale myślę, że chciałabym mieć (kiedyś).
I pomyślałam, że może fajnie byłoby mieć miejsce, gdzie mogłabym opisywać swoje przeżycia i zbierać przemyślenia, w trakcie tego procesu. Zawsze lubiłam pisać pamiętniki, chociaż w ostatnich latach zamieniły formę na dziesiątki zeszytów, w których zapisywałam po pięć, może dziesięć kartek, a później uznawałam, że to głupie i rzucałam gdzieś w kąt. Mimo wszystko przedstawiały dla mnie jakąś wartość, więc w pudłach zbierał mi się całkiem spory stos makulatury... a przecież można inaczej. Swoją drogą blogi też już kiedyś pisałam, ale o tym opowiem wam innym razem.

Teraz coś o mnie. W sprzyjających okolicznościach lubię mówić o sobie i o tym co mam w głowie, nawet jeśli nie jest to zbytnio poukładane (a przeważnie nie jest). A z konkretów to niedawno zakończyłam poważny (trzyletni) związek, ze wspaniałym chłopakiem. Nie minęło dużo czasu, a ja już zdążyłam uwikłać się w kilka romantycznych relacji, co chyba nie za dobrze o mnie świadczy. Raczej nie jestem przyzwoita i rzadko robię coś tylko dlatego, że "tak wypada", ale lubię dobrze o sobie myśleć. W roli singielki też, nie czuję się źle i w sumie to nawet nie specjalnie ciągnie mnie aby angażować się w coś nowego, ale z drugiej strony (gdyby nie było, żadnego ale, to pewnie nie powstawałby ten blog), cały czas pozostaję otwarta na nowe znajomości, spotykam się z ludźmi, umawiam na randki. Szukam tej no... miłości? Tylko co to takiego? Dobra, koniec wstępu, przejdźmy do wyładowywania swoich frustracji.

Dzisiaj miałam spotkać się z pewnym chłopakiem poznanym w internetach
(o i na przyszłość, jak będę pisać, że umawiam się z kimś, to w ciemno możecie zakładać, że poznaliśmy się na internetowym forum, albo przez aplikację. Jakby miało być inaczej - dam znać). Patryk zaintrygował mnie praktycznie od pierwszej napisanej wiadomości, w której mnie opierdolił. Pisaliśmy jednego wieczora, drugiego już siedziałam na jego kolanach, wpatrywałam w oczy i mówiłam słowa, a nasza relacja nadawała na mocno intymnych falach. Mam taki swój ulubiony bar (tu kiedyś było napisane "mleczny", wstyd się przyznać, ale przez długi czas myślałam, że tak się właśnie określa bary w których podają fikuśne koktajlowe drinki, o istnieniu typowych barów mlecznych, dowiedziałam się znacznie później) w centrum, gdzie jest bardzo klimatycznie, a jednocześnie przychodzi mało ludzi (nawet w weekend), do tego dobra muzyka i nienaganne drinki dają idealne miejsce na randkę. Tam też bardzo szybko powiedzieliśmy sobie o trudnych rzeczach z naszego życia (jego były dużo trudniejsze niż moje). Do tego doszło przytulanie, pocałunki - no level expert! Patryk przyznał, że ma skorupę, że pociągam go i nie boi się tego, że w ostateczności wyrwę mu serce. Jeśli mówił coś o mnie to wyłącznie w negatywnym świetle, niebanalnie i zawsze trafnie. Spotkaliśmy się trzy razy, ten miał być czwarty.

Historia, którą próbuję wam opowiedzieć nie jest szczególnie oryginalna: dwoje młodych ludzi poznaje się. On się zakochuje niemal od pierwszego wejrzenia. Ona go szanuje, podoba jej się, ale mimo to nie potrafi odwzajemnić jego uczuć, więc oboje w pełnej szczerości postanawiają zakończyć tą relację. Koniec końców to Patryk nie potrafiąc, albo nie chcąc dłużej ukrywać, że chciałby czegoś więcej ostatecznie zdecydował. Kilka godzin przed planowanym spotkaniem napisał mi: Podjąłem decyzję o tym abyśmy się nie spotykali i najlepiej zakończyli znajomość. Stęskniłem się za Tobą, ale (...) ja po prostu bardzo szanuję swój czas. Szybko znajdziesz kogoś na moje miejsce..."
Zdając sobie sprawę, że kolejne spotkania i rozmowy ze mną raczej nie przybliżą go do tego aby zapomnieć i cokolwiek przepracować postanowiłam uszanować jego decyzję, już nic mu nie odpisałam.

dodano 05,02,20 *
W tym miejscu ta historia mogłaby się zakończyć ale...

Patryk co jakiś czas do mnie pisze, czasami jedno słowo, czasami kilka zdań.
Moje serce w takich chwilach pobiegłoby do niego w podskokach jak po lek na samotność i pragnienie bliskości, ale rozum (wspomagany przez sumienie, dwadzieścia lat kształtowane katolickim wychowaniem) trzyma wodze w garści i ciągnąc za mordę drze się: głupia gdzie leziesz!? Normalnie mam wrażenie, że za chwilę dostanę batem po zadzie.

Nie wiem czy ten blog długo pociągnie. Mam wrażenie, że pisanie o tym tu jest bez sensu. Patrykowi zapewne jest z tym dużo trudniej niż mi i najpewniej boli go moje milczenie, ale mimo to postanowiłam mu nie odpisywać. Oboje postanowiliśmy zakończyć znajomość, więc po co wyjaśniać coś co zostało już wyjaśnione. Ech... czuję się beznadziejnie. Ale mam w sobie przekonanie, że wybieram najlepsze wyjście, a z czasem będzie łatwiej. Już teraz jak napisałam o tym wszystkim jest jakby trochę lepiej.

* Postaram się więcej tak nie robić, że dopisuje nowe rzeczy do starych postów, ale ten jeden temat chciałam zakończyć w jednym wpisie. Kolejne pooznaczam jakimiś hasztagami czy coś.