JAK RZEP DO PSIEGO OGONA


Po czterech latach zbierania się poszłam w końcu na studia magisterskie. Swój początkowy zapał i chęci do chodzenia na uczelnię oceniam na jakieś 1,5/10 (ale rośnie). Ostatnio jak robiłam prezentacje, na któreś zajęcia, to pozwoliłam sobie skorzystać z laptopa, który nadal pozostał w grupie niezabranych przedmiotów przez Arka (dla niewtajemniczonych, Arek to mój ex). ...tak aby na jednym komputerze mieć odpaloną prezentację i podłączyć się na teamsy, a na drugim mieć otwarte informacje jakby była potrzeba sprawdzenia czegoś na szybko. Ogólnie polecam, to bardzo dobry układ. Potrzebowałam  jednak wysłać sobie część rzeczy na swój laptop, uznałam, że najlepszą metodą będzie zrobienie tego przez Messenger i tu zaczynają się schody (albo raczej przepaść).  

Zobaczyłam, że Arek pisze z jakąś dziewczyną. Rozstaliśmy się i ja wiem, że nie powinno mnie to już obchodzić, ale obchodzi. Jak przeczytałam, ostatnią wiadomość, o tym, że Arek ma skorupę, ale widać, że się otwiera, to coś we mnie pękło (co nawet nie wiedziałam, że jest). Przeskrolowałam sobie na szybko kilka wiadomości, ale jak zobaczyłam, że umawiają się na randki i wspólny wyjazd... o kurwa, o kurwa, o kurwa chyba nigdy w życiu nie urosła we mnie taka wściekłość i żal. Rzuciłam jednym krzesłem, walnęłam pięścią w ścianę, upadłam na kolana w miejscu, w którym wcześniej stałam i zaczęłam wyć. Wtedy do pokoju weszła moja siostra z pytaniem co się dzieje - odpowiedziałam, że absolutnie nic tylko Arek umawia się z nową dziewczyną, na co ona przypomniała mi tylko, że to ja go zostawiłam i też umawiam się z innymi. Po upewnieniu się, że na pewno nie potrzebuję pogadać albo jakiegoś wsparcia zostawiła mnie z pytaniem w stylu "czego się spodziewałaś, że Arek będzie siedział i płakał za Tobą?" - zdziwicie się ale chyba tak... 

Ech ja chyba liczyłam, że Arek zaproponuje abyśmy poszli razem na terapię. To jest jedyne rozwiązanie, którego nie próbowaliśmy, no ale on nie chce, a ja po tym jak zaproponowałam to ze trzy razy stwierdziłam, że nie będę go namawiać. Decyzja o tym, żeby pójść na terapie to ważny krok we wprowadzaniu zmian w życiu. To decyzja o tym, że chce się robić inaczej pewne rzeczy i nie można tej decyzji podjąć za kogoś. Z resztą Arek nie jest takim facetem, którego można do czegoś namówić jeśli sam nie chce. Przynajmniej ja nie umiem. Temat terapii proponowałam jeszcze jak byliśmy razem i zawsze bezskutecznie. Teraz myślę, że efekt moich namów byłby podobny. No ale rozstaliśmy się, Arek nadal mnie kocha (a przynajmniej tak mi się wydaje), a tonący ponoć brzytwy się chwyta. Ratowanie związku to chyba dobry powód aby spróbować terapii pomimo jakiejś własnej niechęci? Chyba za dużo mi się wydaje.

Mój problem jest taki, że nadal kocham Arka. Zapytacie (a przynajmniej Maciek często pyta) czemu w takim razie nie pójdę z nim pogadać, powiedzieć o wszystkim i po prostu nie spróbujmy jeszcze raz. Odpowiedź jest bardzo prosta. Bo ja nie chce jeszcze raz tego co było. Nie potrafię być przy Arku najlepszą wersją siebie. Szukam sobie kolegów do pogadania o tym, o czym nie mogę pogadać z Arkiem i w moim przypadku to już jest jak przywieszenie sobie kamienia do szyi. Bardzo łatwo fascynuję się nowymi osobami, "zauroczam się" i angażuje emocjonalnie i żeby stworzyć stabilny związek potrzebuje takiej silnej emocjonalnej więzi ze swoim partnerem, potrzebuję aby był moim najlepszym przyjacielem, abym mogła mu powiedzieć o wszystkim. Bez tego relacja jest za płytka i pomimo tego, że w innych sferach jest bardzo spoko to to sprawia, że szukam emocjonalnych więzi poza związkiem, a jeśli z kimś innym mam głębszą relację niż ze swoim facetem, to na dobrą sprawę po co mi ten facet? 

A druga rzecz jest taka, że uważam się za osobę dość świadomą w tematach psychologiczno-społecznych. Ze szczególnym uwzględnieniem tematów związanych z rozwojem osobistym i relacjami międzyludzkimi, a jednak nie uchroniło mnie to przed odpierdoleniem totalnej chujni. Zdradziłam Arka i w żaden sposób nie usprawiedliwia mnie fakt, że już wtedy rozmawialiśmy o tym, że nie do końca nam się układa. Nic mnie nie usprawiedliwia. Gardzę sobą, nie potrafię tego zrozumieć i nawet jeśli Arek byłby gotowy mi wybaczyć to ja sama sobie nie potrafię. I jeśli miałabym wejść w ten czy jakikolwiek inny związek to muszę mieć pewność, że taka sytuacja się nie powtórzy. Jestem tą osobą, która potrafi złamać wszystkie swoje życiowe wartości, świadomie zranić osobę, którą ponoć kocha... nawet z moim elastycznym kręgosłupem moralnym, nie zostaje nic innego jak pogarda dla takiej "tfu" osoby. Muszę stać się lepszą wersją samej siebie. 

I chyba to jest główny powód dla którego nie "pogadam" z Arkiem. Bo ja nie mam mu nic do zaoferowania. Zawaliłam na całej linii, a to jest cudowny facet. Jeśli poznał spoko dziewczynę (i na moje nieszczęście do tego bardzo ładną) to nie mam prawa próbować mu tego zabrać. Ja na jego miejscu też z pewnością wybrałabym kogoś innego. Tylko to smutne dla mojego serduszka, ale dla serduszka, które leci jak rzep na każdy skundlony ogona chyba nie ma innej drogi. W ostatecznym rozrachunku zawsze zostanie tylko smutek, żal i pogarda. 

W BASENIE PEŁNYM POTŁUCZONEGO SZKŁA



Mój były (mój Arek) znalazł sobie mieszkanie i wyprowadza się "na poważnie". Odkąd się o tym dowiedziałam smutno mi. Nie żebym zmieniła decyzję, ale spędziliśmy ze sobą wiele dobrych chwil. Smutno mi, że nie będzie go w moim życiu. W sobotę ma urodziny. Do tej pory robiłam naprawdę zajebiste prezenty. Teraz boję się kupić cokolwiek, że to będzie na pokaz. Nie lubię pustych gestów. Najchętniej siedziałabym cały dzień przytulona do niego. Niech ten czas szybciej leci, potrzebuję zamknąć ten okres.   

Od dwóch tygodni nie odebrałam opinii potwierdzającej (lub nie) moje ADHD, zaczynają pojawiać się podejrzenia, że celowo to odwlekam. Jak już będę miała ją w łapię, to opowiem trochę jak ADHD robi ze mnie psa goniącego samochody, żeby później mieć porównanie jeśli zacznę terapię farmakologiczną u psychiatry. 

Pomimo chaosu, który cały czas otacza moje życie...[Kończenie jednych relacji, zaczynanie drugich (nie przez pomyłkę używam liczby mnogiej), jakieś ciągłe przewartościowywanie pewnych rzeczy i próby ustalanie praw nie do obalenia, żeby chociaż można było się czegoś przytrzymać - tak ostatnio wygląda moje życie jeśli chodzi o relację. Za dużo, za dużo, za dużo, nie mam jak tego ogarnąć, nie umiem zrezygnować. Do tego ten ciągły jebany smutek, albo szczera optymistyczna radość - i nigdy nic pomiędzy. Chociaż nie - jest też we mnie nicość. Zaobserwowałam ją ostatnio jak leżałam na trawniku w parku, a obok siedziała bardzo bliska mi osoba. Najpierw prowadziliśmy trudną rozmowę, która doprowadziła do tego, że prawdopodobnie straciłam ją na zawsze. (Nie chce definiować tej relacji, ale żeby nie pisać bezosobowo "ta osoba" nazwę ją przyjacielem). Więc tak, straciłam przyjaciela, przed którym burzyłam wszystkie swoje wewnętrzne mury. Stawałam przed nim emocjonalnie naga, przestraszona i delikatna, a on pomimo swojego mroku stawał przede mną i nawet sam będąc w emocjach i dużym gniewie zapewniał dla mnie spokój.

Straciłam przyjaciela, patrzyłam jak odchodzi i... nie czułam zupełnie nic. Moje myśli oczywiście galopowały czepiając się każdego spadającego listka, rowerzysty, psa goniącego frizbi, ale w ciele i sercu była pustka. Więc podsumowując mam trzy stany: Bardzo radosny - żaden - i smutny. Myślę, że to dobry temat do przegadania na kolejnej psychoterapii.]

...dokonałam ważnej obserwacji (pomimo chaosu, który cały czas otacza moje życie (...) - tak, zdania wielokrotnie złożone i rozdrabnianie w nich wątków to moja specjalność. Więc po raz kolejny wracając, (a może dopiero zaczynając). Chyba znalazłam sposób na to jak mnie zdobyć.

Punkt pierwszy (najważniejszy) - żadnych deklaracji uczuć na początku znajomości. Jeśli facet po jednym czy dwóch spotkaniach powie mi, że jestem jego ideałem kobiety/świetnie nadawałabym się na żonę/mogę wyrwać jego serce czy cokolwiek wprost wskazującego na jego uczucie i chęć prowadzenia relacji w jedną stronę (tj. związku), to umarł w butach. Ten wóz nigdy nie odjedzie. W moim przypadku jest to trudne, bo ja sama jestem otwarta, przy poznawaniu nowych osób towarzyszy mi dość dużo fascynacji i szczerego zainteresowania daną osobą. Do tego jestem bardzo fizyczna, nie mogę się powstrzymać od intensywnych spojrzeń, muśnięć, jakiejkolwiek formy cielesnej bliskości czy chociażby zwykłego flirtu. To są intensywne emocje, ale to też tylko warstwa zewnętrzna, nie mająca nic wspólnego z solidnym fundamentem, emocje dziś są jutro może ich nie być. 

Punkt drugi - luz i poczucie bezpieczeństwa. Mam takie wrażenie, że ze mną można wszystko. Jestem ryzykantką, która żadnych wyzwań się nie boi, uwielbiam sport, taniec, bycie w ruchu. Ale Netfliksa, spokojne spacery, gdzie można usiąść popatrzeć, pomilczeć - robić nic więcej, tylko być, też lubię, też umiem, też chcę. Pożądam dużych emocji (i gdzieś tam w serduszku zazwyczaj dążę do nich), ale one nie są najważniejsze. To jest jak zmienne tło (raz góry, raz może innym razem dziurawy chodnik), jednak jest coś co w tym wszystkim potrafi być stałe i jest moja wewnętrzną "warstwą", którą chronię. A jest to bardzo prozaiczne - poczucie bezpieczeństwa, które z kolei zapewnia mi luz. Toczy się we mnie takie kółeczko, gdzie poczucie bezpieczeństwa daje mi luz, a jak mam luz to z kolei czuję się bezpiecznie i chodzi sobie we mnie taki mały trybik, który jest dla mnie tak istotny jak nic innego. Dlatego jeśli poznaje kogoś i on na dzień dobry chce się angażować, to nie ma luzu - tylko presja. Najczęściej, że go skrzywdzę i sama będę przez to cierpieć (co by nie było empatyczna i wrażliwa ze mnie istotka). Cierpienie z kolei nie jest czymś co pozwala czuć się bezpiecznie. Więc koniec końców zawsze mocno dystansuje się z takiej relacji (co z kolei studzi też emocje i pozwala racjonalnie ocenić sytuację - a sytuacja jest taka, że koleś który po jednym spotkaniu mnie chce, nie może być stabilny emocjonalnie). Myślę, że dlatego też tak swobodnie czuję się w sytuacji, kiedy to ja jestem bardziej zaangażowana i angażuję się w relację z niedostępnymi mężczyznami, czuję się przy nich bezpiecznie, bo wiem, że nie pozwolą siebie zranić, a ja sama o siebie umiem zadbać. Więc co by nie było, sytuacja jest win-win. 😄 

Punkt trzeci - czas. Żeby kogoś pokochać trzeba go poznać i zrozumieć. Aby poznać człowieka potrzeba czasu i wspólnie spędzonych chwil (kropka). Długi okres czasu spędzony z osobą, przy której czuję się bezpiecznie, z którą mam luz (bo nikt od nikogo nikt nie chce) i po prostu czujemy się dobrze przy sobie - tworzy miłość. Miłość, która jest niezależna od emocjonalnych rollercoasterów. I facet może nawet nie być w moim typie i nawet jeśli w którymś momencie coś zacznie iskrzyć z mojej strony to "odrzucić moje zaloty", bo aktualnie spotyka się z kimś innym. Jeśli upłynie odpowiednio dużo czasu, który spędzimy razem i będzie nam po prostu dobrze - to tworzy się coś głębokiego, co człowiek zaczyna chcieć chronić. I to jest właśnie miłość szanowni państwo.

Czy są jeszcze jakieś inne rzeczy? Oczywiście cała masa, ale je już można w pewnym stopniu przekładać i negocjować. Tutaj mamy fundament, który nie może się ruszać jeśli chcemy coś sensownego wybudować. 



OTWARTE / ZAMKNIĘTE

Ostatnio zaobserwowałam, że mam dwa rodzaje tworzenia relacji - właściwie trzy, ale tego trzeciego praktycznie nie spotka się w naturze, z uwagi na jego wysoką reaktywność można powiedzieć, że bardzo szybko zapala się lub utlenia w inne związki (ostatnio jak jechałam w metrze wdałam się w przypadkową dyskusję na temat glukozy (i innych alkoholi) i chyba chemiczne zapędy jeszcze we mnie nie wygasły). Ale wracając do relacji.

Typ pierwszy: otwarte-otwarte. To taki typ związku pomiędzy dwojgiem ludzi, gdzie oboje są wsłuchani w siebie i chcą wyrażać siebie do drugiej osoby. Komunikacja wydaje się łatwa i cechuje ją wysoka intensywność niczym woda puszczona przez rurę – po prostu leci, a jak odkręcisz kran to już nie bardzo idzie cofnąć wodę z powrotem. Lubię ten typ relacji, odnajduj się w niej i czuję, że mogę być w pełni sobą. Jednak zasadniczą wadą, która się tutaj pojawia to szybkie wypalenie. Jak ktoś się przede mną w pełni otwiera to jak złodziej przetrzepuje wszystkie szafki, zabierając dla siebie co cenniejsze kąski, a następnie uciekam i tyle mnie widzieli. Zazwyczaj nie jestem zainteresowana rabowaniem drugi raz tego samego domu. I słowo „rabowanie” wydaje się tutaj zdecydowanie trafne.

Drugi typ relacji, w które wchodzę to otwarte – zamknięte. To są zazwyczaj relacje, w których zostaje dłużej, ale jednocześnie są dla mnie mocno męczące. Ktoś jest jak „zagadka”, nad którą ślęczę i ślęczę, dłubie i dłubie, a przy okazji wkurwiam się i frustruję. Nie wiem czemu, ale to w ten typ zawsze wpadam i wydaje się tak kuszący, że nie potrafię oderwać oczu. Jednocześnie unieszczęśliwia mnie, bo patrząc na kogoś zapominam patrzeć w siebie. Pomału wyczerpuje swoje zasoby, a zagadka pozostaje nierozwiązana. Skarb zakopany jest tak głęboko, że nie ma tyle siły, aby się przebić, a ostatecznie jeśli się przebije, rozwiąże zagadkę to jest koniec, nie ma w tym układzie miejsca na rozwój relacji. Można tylko przegrać. A ja kurwa zawsze mam nadzieję, że popełniając te same błędy i robiąc te same kroki dojdę w jakieś inne miejsca i jestem szczerze zdziwiona, że się tak kurwa nie dzieje.

Same zagadki zazwyczaj są zadowolone w tym układzie, bo dostają uwagę, zaangażowanie, szczerość i pełną kontrolę nad sytuacją. I naprawdę rozumiem, że ktoś chce aby rozwiązywać jego supełek, naprawdę to rozumiem, bo sama mam w sobie sporo takich supełków…

 

AKTUALIZACJA 3.0

Rozstałam się z Arkiem. Jesteśmy na etapie, że On szuka sobie osobnego mieszkania. Diagnozuję się w kierunku ADHD, wczoraj miałam ostatnie testy, w ciągu najbliższych kilku dni powinnam uzyskać opinię. Moja terapeutka twierdzi, że jest spora szansa uciszyć chaos w mojej głowie. Że przestanę być psem skaczącym do wszystkich samochodów.

wystawy, szkolenia i inne służbowe wycieczki



Czy też tak macie, że jak komuś o czymś powiecie to następnego dnia dzieje się odwrotnie? Odnoszę wrażenie, że wszystko o czym pisałam w poprzednim poście od momentu powrotu z delegacji przestało być aktualne. Wczoraj mój chłopak sam z siebie wziął mnie na ręce (co nie zdarza się dosłownie nigdy) i zaniósł do łóżka wkładając moją rękę w spodnie ku swojej uciesze. Poprzedniego dnia i jeszcze poprzedniego też było fajnie. Do tego rozmawia ze mną "od serca", co jest o tyle dziwne, że zaczął właśnie duży kurs na kolejny wpis do licencji i zazwyczaj w trakcie trwania kursu, był niedostępny dla nikogo i niczego skupiając się na nauce. 
Zastanawia mnie z czego wynika zmiana jego zachowania. Czy to efekt naszych poprzednich rozmów i w końcu coś do niego dotarło? Czy może to ja wróciłam zmieniona i aktualnie wysyłam bardziej pociągające wibracje? Nie wiem ale naprawdę podoba mi się ten układ. 

Za dwa tygodnie mam kolejną delegację, na której będzie okazja spotkać H. Nie prosiłam się o nią, znaczy ostatecznie wyszło, że prosiłam, ale nie taki był mój cel - już wyjaśniam.
Jak zaczynałam pracę, to na pierwszym służbowym wyjeździe szkoleniowym miałam ostrą spinę z jednym z kolegów z pracy, który w jawny sposób obrażał mnie publicznie (żeby nie powiedzieć molestował). Nie wiem co było dla mnie gorsze: jego obrzydliwe teksty czy poparcie innych osób, które były świadkami całej sytuacji, mówiące mi, że powinnam przyjąć komplement (pff).

W późniejszym czasie moja niechęć do tegoż wyżej wspomnianego "kolegi" była na tyle wyraźna, że obiła się o wyższe kierownictwo. Jednak minęło trochę czasu pogadaliśmy sobie raz i drugi, wypiliśmy razem wódkę i teraz jest między nami akceptowalnie, na tyle by nie było problemów interpersonalnych podczas pracy we wspólnych projektach.

Najbliższą wystawę ogarnia właśnie ten kolega, ja mam trochę zadań przydzielonych w związku z nią, jednak znacznie mniej niż zazwyczaj. Pomyślałam, że moje kierownictwo może nadal myśleć, że nie chce razem z nim współpracować - i tu dochodzimy do miejsca, w którym łączą się wszystkie drogi. Poszłam do mojego przełożonego, wyjaśnić, że jak jest potrzeba, to nie ma problemu abym angażować mnie w zadania związane z tą konkretną wystawę, bo sprawy ze współpracownikami są już ogarnięte. W odpowiedzi usłyszałam, że nie wiadomo jeszcze czy będę mogła na nią jechać, bo nie wiadomo czy dopniemy budżet (zgadujcie kto go dopina i kto wie, że nie będzie z tym problemu). Wyszłam skołowana z wyraźnym WTF na twarzy - nie o tym chciałam rozmawiać. W konsekwencji nie minęło 15 minut kiedy do mojego pokoju weszła inna przełożona z informacją, że moja delegacja jest już klepnięta. Fajnie. 

Nie jestem z tych osób, które doszukują się jakiegoś wyższego powodu, nadającego sens wszystkim życiowym dzieją, jednak myślę, że już najwyższy czas się określić, przestać balansować i przechylić się w jedną albo drugą stronę. 

Mam wrażenie, że całkiem niedawno stałam już na tym samym skrzyżowaniu - ale ponoć nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Historia Małżeńska

Cały dzień myślę co tutaj napisać aby jakoś pomóc sobie zapanować nad chaosem jaki powstał w mojej głowie, ale nadal nie potrafię znaleźć sensu w swoich uczuciach. W ostatni weekend pojechałam na wyjazd służbowy, na którym poznałam wiele nowych osób jak i zacieśniałam więzy z tymi których znałam już wcześniej. I to o tym zacieśnianiu najbardziej chciałbym teraz pisać, ale całej historii nie da się zrozumieć jeśli nie opowiem wam jeszcze troszkę o mnie i o wydarzeniach, które miały miejsce dużo wcześniej. (Tak to jest jak się dodaje wpisy raz na pół roku. Chyba sama przed sobą nie chciałam przyznać, że w niektórych sferach życia nie jest dobrze, skupiając się tylko na tych, w których akurat wypadam zajebiście czyli praca, sport i oglądanie anime na Netflixie). Ale do brzegu. 

Jest luty tego roku, a ja siedzę na łóżku patrzę w ciemne głębokie oczy mojego chłopaka i z pękającym sercem mówię mu, o tym, że nie chce być z nim dalej w związku. Nie dlatego, że za mało go kocham, jednak pomimo mijającego czasu nadal nie umiemy ze sobą rozmawiać. Nasze języki miłości są zupełnie inne i ranimy się wzajemnie, nie z powodu złych intencji, ale zwyczajnej różnicy w temperamentach, które już w codziennych czynnościach dają cień konfliktu. Mój chłopak nie zaprzecza, wiem, że on też ma obawy co do tego, czy w ogóle jesteśmy w stanie tworzyć razem związek. Fundamenty mamy solidne, oboje jesteśmy dla siebie dobrzy, szanujemy się, troszczymy i wspieramy wzajemnie. Natomiast cała reszta to dwa skrajne światy. Nie rozstajemy się jednak, to nie takie proste gdy mieszka się razem, ma się wspólne plany i kota. A  kiedy mój chłopak bierze mnie w ramiona przytula i całuje zapłakane usta to już niczego nie jestem pewna, a z pewnością nie tego, że chcę aby ode mnie odszedł. 

Jednak czas mija, a pomimo obietnic nie wiele się zmienia. Ja potrzebuję pełnej otwartości zarówno w zwykłej rozmowie jak i w łóżku. Mój chłopak nie potrafi/ nie chce, a koniec końców nie rozmawia ze mną na tematy uczuć, emocji czy naszego związku. Jeśli zaczynam trudny dla niego temat milczy, wychodzi na papierosa, albo milczy i jestem zmuszona odpuścić. Ani argumenty, że rozmowa na ten temat jest dla mnie ważna, że jego milczenie mnie rani ani w konsekwencji spadające łzy nie są na tyle silną kartą przetargową aby mój chłopak był w stanie zwyczajnie ze mną porozmawiać. Sytuacja jest podobna, kiedy próbuje mu opowiedzieć o moich własnych doświadczeniach i emocjach z przeszłości. Uważam, że to ważne aby wiedzieć o sobie jak najwięcej. Poznać co na kształtowało w przeszłości, jakie otaczało nas środowisko, jakich ludzi wpuściliśmy do swojego najbliższego kręgu. Jednak mój chłopak na pytanie czy chciałby o tym posłuchać odpowiada "nie", i ja wiem, że nie dlatego aby mnie zranić, tylko zwyczajnie jest to dla niego niekomfortowe, może czuje się zazdrosny, albo boi, że za chwilę sam będzie musiał opowiadać i woli uciąć temat w zarodu. No ale mnie to boli chyba jeszcze bardziej niż brak chęci do rozmowy. Czuję się bezsilna nie mogąc przebić się przez mór którym otoczył się mój chłopak, ani w żadne sposób wyrazić przed nim siebie. Wydaje się jakby Arek nie był ciekawy mnie i tego co mam w głowie. I jakbym pięknie nie starała się tego ująć w słowa, taka jest najwyraźniej prawda.  

I ja wiem, że kiedyś ktoś go bardzo skrzywdził, że już raz zawiódł swoje zaufanie i mimo wszystko widzę, że się stara i jest lepiej. Nie chcę nikogo o nic obwiniać obwiniać, ale ja chyba nie mam tyle cierpliwości. Czuję, że każdego dnia tracę cząstkę siebie zamiast się rozwijać to bardziej zamykając się w sobie. 

Kolejnym kamieniem milowym jest różnica w naszych libido. Kiedy ja każdego dnia próbowałam uwieść mojego partnera on pozostawał tak samo niedostępny fizycznie jak i emocjonalnie, często nie pozwalając się nawet dotknąć. Rzadko kiedy jest też zainteresowany moim ciałem (sam z siebie prawie nigdy). To ja inicjuje niemal wszystkie nasze stosunki seksualne, bardzo często spotykając się przy tym z odmową, (co za każdym razem jest dla mnie jak prosty komunikat: nie jesteś dla mnie dość atrakcyjna abym otworzył się dla Ciebie). A mi pozostaje tylko tak dobrze znane poczucie odrzucenia. Odkąd sama przestałam "dokuczać" mojemu chłopakowi (bo moje starania i tak nic nie dawały) częstotliwość naszych stosunków wynosi raz na miesiąc, a moich orgazmów jeszcze mniej. I ja wiem, że są pary, dla których taki układ byłby idealny, ale ja jestem osobą dla której seks jest w związku bardzo ważny (o ile nie najważniejszy), to jest mój sposób wyrażania i przyjmowania miłości i kiedy nie ma go przez długi czas, a ja jestem zmuszona (nieskutecznie) prosić to czuję się strasznie. Moja najlepsza cecha stała się moim największym utrapieniem i powodem cierpienia. A ja nigdy nie byłam typem cierpiętnicy. 

I tu wchodzą wydarzenia z zeszłego weekendu, okazało się, że moja potrzeba bliskości jest tak niezaspokojona, że kiedy poznałam kogoś kto bez skrępowania mnie chciał i kto był zainteresowany tym co mam w głowie, to zwyczajnie odleciałam. Chociaż H. teraz najpewniej myśli, że mi się nie spodobał, bo w tym momencie gdy zdjął swoją koszulkę (naprawdę nie spodziewałam, się, że będzie wyglądał aż tak dobrze) może nie wybiegłam, ale dość sprawnie zgarnęłam swoje pantofelki i poszłam do siebie (całe szczęście miałam pokój w tym samym hotelu). 

H. spodobał mi się zdecydowanie za bardzo, tak bardzo, że sama przestraszyłam się swoich myśli i emocji. Jestem aż tak łatwa? Tak łatwo mnie uwieść? I jak mogę czuć większe pożądanie do mężczyzny, z którym spędziłam zaledwie jeden wieczór niż do chłopaka z którym jestem od lat!? Nie jestem pewna, ale w głębi duszy znam chyba odpowiedzi na te pytania i z pewnością jestem świadoma, że cała atmosfera minionego wieczoru nie wzięło się znikąd. Wiem, że H. by mnie zrozumiał i zaopiekował się moim serduszkiem tak jak ono na to zasługuje. A taka myśl nigdy nie może przejść obojętnie. Nie w moim przypadku.  

Jednak mam w sobie takie przekonanie (niektórzy nazwali by to pewnie intuicją), że jeśli nie uda mi się teraz stworzyć udanego związku z Arkiem, to nie stworzę go już z nikim. Mam za duże wymagania. Nie chce by strach kierował moim życiem, a z drugiej strony chce mieć też szanse na normalną rodzinę. Ech.. czemu ja zawsze muszę być rozdarta, pomiędzy sercem a rozumem. I tu nawet nie chodzi o H. bo z nim też z wielu powodów nie mogłabym być w związku, nie wiem nawet czy bym chciała, czy on by chciał, może to ten typ który zabawia wiele kobiet. Natomiast wiem, że mimo wszystko, nawet jeśli H. miałby się okazać najgorszym łajdakiem jestem gotowa rzucić wszystko dla chwili bliskości z nim i to daje mi naprawdę wiele do myślenia.