Mój były (mój Arek) znalazł sobie mieszkanie i wyprowadza się "na poważnie". Odkąd się o tym dowiedziałam smutno mi. Nie żebym zmieniła decyzję, ale spędziliśmy ze sobą wiele dobrych chwil. Smutno mi, że nie będzie go w moim życiu. W sobotę ma urodziny. Do tej pory robiłam naprawdę zajebiste prezenty. Teraz boję się kupić cokolwiek, że to będzie na pokaz. Nie lubię pustych gestów. Najchętniej siedziałabym cały dzień przytulona do niego. Niech ten czas szybciej leci, potrzebuję zamknąć ten okres.
Od dwóch tygodni nie odebrałam opinii potwierdzającej (lub nie) moje ADHD, zaczynają pojawiać się podejrzenia, że celowo to odwlekam. Jak już będę miała ją w łapię, to opowiem trochę jak ADHD robi ze mnie psa goniącego samochody, żeby później mieć porównanie jeśli zacznę terapię farmakologiczną u psychiatry.
Pomimo chaosu, który cały czas otacza moje życie...[Kończenie jednych relacji, zaczynanie drugich (nie przez pomyłkę używam liczby mnogiej), jakieś ciągłe przewartościowywanie pewnych rzeczy i próby ustalanie praw nie do obalenia, żeby chociaż można było się czegoś przytrzymać - tak ostatnio wygląda moje życie jeśli chodzi o relację. Za dużo, za dużo, za dużo, nie mam jak tego ogarnąć, nie umiem zrezygnować. Do tego ten ciągły jebany smutek, albo szczera optymistyczna radość - i nigdy nic pomiędzy. Chociaż nie - jest też we mnie nicość. Zaobserwowałam ją ostatnio jak leżałam na trawniku w parku, a obok siedziała bardzo bliska mi osoba. Najpierw prowadziliśmy trudną rozmowę, która doprowadziła do tego, że prawdopodobnie straciłam ją na zawsze. (Nie chce definiować tej relacji, ale żeby nie pisać bezosobowo "ta osoba" nazwę ją przyjacielem). Więc tak, straciłam przyjaciela, przed którym burzyłam wszystkie swoje wewnętrzne mury. Stawałam przed nim emocjonalnie naga, przestraszona i delikatna, a on pomimo swojego mroku stawał przede mną i nawet sam będąc w emocjach i dużym gniewie zapewniał dla mnie spokój.
Straciłam przyjaciela, patrzyłam jak odchodzi i... nie czułam zupełnie nic. Moje myśli oczywiście galopowały czepiając się każdego spadającego listka, rowerzysty, psa goniącego frizbi, ale w ciele i sercu była pustka. Więc podsumowując mam trzy stany: Bardzo radosny - żaden - i smutny. Myślę, że to dobry temat do przegadania na kolejnej psychoterapii.]
...dokonałam ważnej obserwacji (pomimo chaosu, który cały czas otacza moje życie (...) - tak, zdania wielokrotnie złożone i rozdrabnianie w nich wątków to moja specjalność. Więc po raz kolejny wracając, (a może dopiero zaczynając). Chyba znalazłam sposób na to jak mnie zdobyć.
Punkt pierwszy (najważniejszy) - żadnych deklaracji uczuć na początku znajomości. Jeśli facet po jednym czy dwóch spotkaniach powie mi, że jestem jego ideałem kobiety/świetnie nadawałabym się na żonę/mogę wyrwać jego serce czy cokolwiek wprost wskazującego na jego uczucie i chęć prowadzenia relacji w jedną stronę (tj. związku), to umarł w butach. Ten wóz nigdy nie odjedzie. W moim przypadku jest to trudne, bo ja sama jestem otwarta, przy poznawaniu nowych osób towarzyszy mi dość dużo fascynacji i szczerego zainteresowania daną osobą. Do tego jestem bardzo fizyczna, nie mogę się powstrzymać od intensywnych spojrzeń, muśnięć, jakiejkolwiek formy cielesnej bliskości czy chociażby zwykłego flirtu. To są intensywne emocje, ale to też tylko warstwa zewnętrzna, nie mająca nic wspólnego z solidnym fundamentem, emocje dziś są jutro może ich nie być.
Punkt drugi - luz i poczucie bezpieczeństwa. Mam takie wrażenie, że ze mną można wszystko. Jestem ryzykantką, która żadnych wyzwań się nie boi, uwielbiam sport, taniec, bycie w ruchu. Ale Netfliksa, spokojne spacery, gdzie można usiąść popatrzeć, pomilczeć - robić nic więcej, tylko być, też lubię, też umiem, też chcę. Pożądam dużych emocji (i gdzieś tam w serduszku zazwyczaj dążę do nich), ale one nie są najważniejsze. To jest jak zmienne tło (raz góry, raz może innym razem dziurawy chodnik), jednak jest coś co w tym wszystkim potrafi być stałe i jest moja wewnętrzną "warstwą", którą chronię. A jest to bardzo prozaiczne - poczucie bezpieczeństwa, które z kolei zapewnia mi luz. Toczy się we mnie takie kółeczko, gdzie poczucie bezpieczeństwa daje mi luz, a jak mam luz to z kolei czuję się bezpiecznie i chodzi sobie we mnie taki mały trybik, który jest dla mnie tak istotny jak nic innego. Dlatego jeśli poznaje kogoś i on na dzień dobry chce się angażować, to nie ma luzu - tylko presja. Najczęściej, że go skrzywdzę i sama będę przez to cierpieć (co by nie było empatyczna i wrażliwa ze mnie istotka). Cierpienie z kolei nie jest czymś co pozwala czuć się bezpiecznie. Więc koniec końców zawsze mocno dystansuje się z takiej relacji (co z kolei studzi też emocje i pozwala racjonalnie ocenić sytuację - a sytuacja jest taka, że koleś który po jednym spotkaniu mnie chce, nie może być stabilny emocjonalnie). Myślę, że dlatego też tak swobodnie czuję się w sytuacji, kiedy to ja jestem bardziej zaangażowana i angażuję się w relację z niedostępnymi mężczyznami, czuję się przy nich bezpiecznie, bo wiem, że nie pozwolą siebie zranić, a ja sama o siebie umiem zadbać. Więc co by nie było, sytuacja jest win-win. 😄
Punkt trzeci - czas. Żeby kogoś pokochać trzeba go poznać i zrozumieć. Aby poznać człowieka potrzeba czasu i wspólnie spędzonych chwil (kropka). Długi okres czasu spędzony z osobą, przy której czuję się bezpiecznie, z którą mam luz (bo nikt od nikogo nikt nie chce) i po prostu czujemy się dobrze przy sobie - tworzy miłość. Miłość, która jest niezależna od emocjonalnych rollercoasterów. I facet może nawet nie być w moim typie i nawet jeśli w którymś momencie coś zacznie iskrzyć z mojej strony to "odrzucić moje zaloty", bo aktualnie spotyka się z kimś innym. Jeśli upłynie odpowiednio dużo czasu, który spędzimy razem i będzie nam po prostu dobrze - to tworzy się coś głębokiego, co człowiek zaczyna chcieć chronić. I to jest właśnie miłość szanowni państwo.
Czy są jeszcze jakieś inne rzeczy? Oczywiście cała masa, ale je już można w pewnym stopniu przekładać i negocjować. Tutaj mamy fundament, który nie może się ruszać jeśli chcemy coś sensownego wybudować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz