JA - PIES GONIĄCY SAMOCHODY

To będzie długi wpis. Chciałabym wam opowiedzieć o tym, że czuję się chujowo (i dlaczego). O tym, że mało jest we mnie spokoju, za to dużo wewnętrznej szarpaniny. Jestem zmęczona, przytłoczona, przestraszona i... smutna - i to nawet abstrahując już od (nie moich)chłopów. 

Odkryłam o sobie, albo nie o sobie - dwie rzeczy.

Po pierwsze: mam w sobie głęboko zakorzenione poczucie, że nikt nie jest w stanie mnie w pełni zrozumieć. Podczas pracy nad pewnością siebie wypracowałam mechanizmy, które pozwalają mi zadbać o siebie i czuć się naprawdę dobrze sama ze sobą - bez szukania waloryzacji na zewnątrz. Nie nie potrzebuję, żeby ktoś mówił mi, jaka jestem piękna, super, wyjątkowa, ani żadnych innych komplementów. To jest dla mnie miłe - i tyle. To czy się komuś podobam czy nie - w żaden sposób nie świadczy o mnie. Moja wartość po prostu jest i liczy się to na ile ja ją wycenię (a cenię wysoko). Wiecie, to trochę jak z abstrakcyjnym obrazem. Dla kogoś, kto nie zna się na sztuce, może to być bezwartościowy bohomaz. Dla kolekcjonera - najcenniejszy okaz w kolekcji. A obraz pozostaje… obrazem. Nie wiem, czy czaicie, o co mi chodzi, więc może podam przykład.

"Number 17A" Jackson Pollock 

<-- Ten obraz został sprzedany w 2016 roku za około 200 milionów dolarów. Jak dla mnie jest przegenialny, chciałabym go zobaczyć na żywo - bardzo bym chciała. Musi robić mega wrażenie. Ja lubię abstrakcję, zabawę formą i pozorny nieład. Jednoczenie domyślam się, że klasycy nie powiesiliby go u siebie w salonie na ścianie. No i spoko, to że "Number 17A" nie rezonuje z klasykami - nie zmienia faktu, że ktoś zapłacił za niego tonę hajsów. Możliwe, że ktoś inny byłby gotowy zapłacić jeszcze więcej - tylko akurat nie miał. Dużo można tu teoretyzować...


Ale to tyle jeśli chodzi o teorię, powoli zbliżamy się do sedna problemu. Chciałam tylko zaznaczyć, że to nie jest problem z moją wartością w środku. Ja wiem, że jestem ważna. Umiem siebie docenić i umiem się sobą zaopiekować. To zostało przepracowane i nie zostawia już miejsca na dyskusję. Nie czekam, aż ktoś przyjedzie na białym rumaku i uratuje mnie z bólu czy smutku. Nie oczekuję, że ktoś „weźmie odpowiedzialność” za moje emocje. Mam głębokie przekonanie, że tylko ja sama mogę to zrobić, bo nikt inny nie ma dostępu do mojego świata w taki sposób, w jaki mam go ja. I nie mówię tego z żalem. Każdy z nas nosi w sobie inną wrażliwość, inne doświadczenia, inne filtry patrzenia na ludzi i rzeczywistość

Natomiast podczas ostatniego spotkania z moją psychoterapeutką okazało się, że nawet jeśli potrafię się sobą zaopiekować, mogę jednocześnie potrzebować, żeby ktoś inny również zauważył mój smutek. Żeby się nim zainteresował. Żeby chciał wejść w to ze mną, nie po to, by mnie ratować, ale by po prostu być obok...
Usłyszałam wtedy, że to jest realna potrzeba. I że ona może być zaspokajana. (I to jest właśnie ta druga "rzeczy" którą w sobie odkryłam) - że u mnie w tym miejscu jest bardzo głęboka, niezaopiekowania rana, która aktualnie sączy się jakąś obrzydliwą ropą (ale o moim aktualnym emocjonalnym poczuciu beznadziei opowiem wam na końcu tego wpisu - wcześniej czeka was kontekst historyczny z mojego życiorysu. 

Moja terapeutka zapytała mnie, kiedy w dzieciństwie czułam się doceniana - zapadła dłuższa cisza i zrobiło się ciężko, bo moje doświadczenia z dzieciństwa to ciągłe poczucie bycia niewystarczającą.

W szkole byłam „niegrzeczną dziewczynką”, dokuczająca wszystkim naokoło, wymyślająca co nowe psoty, a moja mama przynajmniej raz w miesiącu była wzywana do szkoły, bo Paula przechodzi samą siebie w pomysłach jak wyprowadzić nauczycieli ze strefy ZEN (cóż zrobić). 

Pamiętam, że w pierwszych klasach szkolnych mieliśmy taki (chujowy) system oceniania. Za bardzo dobre zachowanie była złota naklejka, za średnie - srebrna i za złe - brązowa. Takie naklejki dostawaliśmy codziennie. Na początku bardzo się starałam. Naprawdę. Chciałam tej złotej naklejki, jakby była dowodem na to, że wszystko ze mną w porządku - ale nigdy się to nie udało. I gdzieś w mojej głowie zaczęło się budować przeświadczenie, że nieważne, jak bardzo się postaram i tak zawsze będę niewystarczająca. A skoro tak, to po co w ogóle się starać, można mieć wywalone - przynajmniej wtedy nie trzeba mierzyć się z rozczarowaniem. 

Teraz wiem, że moje problemy z zachowaniem i skupieniem uwagi, w tamtym czasie były związane z zaburzeniami ADHD i brakiem uwagi od rodziców w domu, a nie tym, że jestem beznadziejna... no ale tego dowiedziałam się znacznie później.

Wracając do pytania mojej terapeutki: co mogłam zrobić, żeby zostać doceniona?

 Albo epicko coś rozpierdolić. (za tym nie zawsze szło docenienie, ale skupienie na sobie dużej ilości uwagi już tak) xD 

A drugim sposobem było dosłownie wywalczenie sobie tego: zawody sportowe, konkurs poetycki, różnego rodzaju występy szkolne i pozaszkolne. Ze „zdrowych” opcji to był właściwie jedyny sposób, żeby zostać docenioną albo chociaż zasłużyć na bycie wystarczającą.

Tak samo w szkole, jak i w domu. Rodzice którzy przez większość czasu byli niedostępni, nie mający czasu zajmować się mną w większym stopniu niż (żeby dziecko było najedzone, ubrane, poszło spać, a wcześniej odrobiło lekcje). Od młodych lat nikt nie tłumaczył mi jak działa świat, ani jak ja działam. A ja gotowałam się w swoim kociołku, bo nikt nigdy nie zainteresował się tym jak się czuje (że czuję się źle) i że jest opcja czuć się inaczej. Nie mówię tego z żalem, mam cudownych rodziców, którzy teraz są dla mnie ogromnym wsparciem, wszystko co robili w tamtym czasie - robili aby zapewnić nam lepszą przyszłość. Po prostu zabrakło w tym świadomości i może odrobiny empatii. 

Kolejnym wyzwaniem był fakt, że każde z moich rodziców traktowało mnie inaczej.

Była przepracowana mama - wiecznie niezadowolona, bo coś było niezrobione, niedopilnowane, nie tak, jak trzeba. (Pamiętacie schemat z naklejkami? Bardzo szybko wcieliłam w życie zasadę, że skoro się staram, a i tak jest źle, to po co w ogóle się starać). Ech... byłam trudnym dzieckiem. Naprawdę. 

I był tata, który szczerze mnie lubi, chciał ze mną przebywać i (jeśli tylko miał czas) traktował mnie jak swoją małą księżniczkę. Z jednej strony to było fajne. Dawało ulgę i poczucie akceptacji. Z drugiej jednak to ambiwalentne traktowanie zrobiło mi w głowie potężny mętlik. Mętlik, który trwa do dziś.

Bo jak ja mam w końcu o sobie myśleć? Jestem wyjątkowa czy beznadziejna?
Wygląda na to, że raz tak, raz tak zależnie od tego, co akurat się wylosuje. A ja sama mam w tym bardzo mało sprawczości... Ale o tym może rozpiszę się więcej innym razem. 
Czuję, że znowu zaczynamy odpływać od brzegu.

Przez lata mój sposób na bycie zauważoną i docenioną przez innych (dwie potrzeby, które właściwie przez całe moje życie były (i wciąż są) w ogromnym deficycie) polegał na jednym: muszę to sobie wywalczyć.

Podjąć rywalizację. I w niej zwyciężyć.

Naturalny stan to poczucie bycia niewystarczającą, ale jak podjęłam "pracę" to pewne działania dawały docenienie. I to jest moja odpowiedź dlaczego jestem Psem goniącym samochody (odkąd pierwszy raz usłyszałam to zdanie w Mrocznym Rycerzu towarzyszy mi jak mantra i czasami mam wrażenie, że jest niczym mój wewnętrzny rdzeń: 

Wiesz, kim jestem? Jestem psem goniącym samochody. Nie wiedziałbym, co z nim zrobić, gdybym go złapał! Wiesz, po prostu... robię rzeczy. 

„Pies goniący samochody” to ktoś, kto nie potrzebuje planu ani celu końcowego — liczy się sam ruch, impuls, działanie. To też sposób na bycie wolnym od oczekiwań i sensów narzuconych z zewnątrz.

Czasem w tym jest lekkość: robisz rzeczy, bo możesz; a czasem niepokój: co, jeśli jednak kiedyś złapiesz ten „samochód” i okaże się, że cisza jest gorsza niż pościg?

I tu dochodzimy do mojego emocjonalnego poczucia beznadziei, które koniec końców znowu rozbija się o relacje. Sytuacja wygląda tak: mniej lub bardziej świadomie noszę w sobie przekonanie, że „muszę zasłużyć”. Że cokolwiek bym nie zrobiła i tak nigdy nie będę do końca zrozumiana. Wybieram więc niedostępnych mężczyzn (pamiętacie, jak kiedyś pisałam o „typie zagadki”?) albo takich, z którymi komunikacja od początku się nie klei. I to mimo że sama często i gęsto powtarzam, że komunikacja jest dla mnie w związku najważniejsza.

To właśnie w tym miejscu pojawia się beznadzieja: wiem, czego potrzebuję, a jednocześnie wciąż ląduję w relacjach, które tej potrzeby nie są w stanie udźwignąć.

To jest też powód dla którego łatwo widzę smutek innych osób. Wchodzę w niego ze szczerą ciekawością, uważnością i (wydaje mi się) sporą świadomością. Spuściłam się tak głęboko w moją osobistą otchłań smutku, że te cudze emocje mi nie straszne i stałam się całkiem dobrą towarzyszką tej drogi (Qvo Vadis?) Ale jednocześnie jest to dla mnie źródło osamotnienia, które ostatecznie zostawia mnie z poczuciem jeszcze większego smutku.

Zwłaszcza, po tym jak moja terapeutka uświadomiła mi że ludzie mogą mieć potrzebę, aby ktoś ich zauważył, a nawet że ta potrzeba może być w pełni zaspokojona. No i te słowa odkręciły mój emocjonalny kurek. Poczułam się bardzo niezaopiekowania, niezauważona i wiedziałam że mam ten mój pierwszy sposób - sama się sobą zaopiekuję... No ale skoro (w teorii) można to zrobić z kimś... to może warto poczekać? Zwłaszcza, że ja z wieloma emocjami jestem nieskontaktowana więc niech się wylewają. Zobaczymy co  z tego wyjdzie - bo akurat tego (w moim emocjonalnym cyrku) jeszcze nie grali. 

Czuję żal, rozgoryczenie. Czuję też, że to, jak głęboko wchodzę w innych ludzi, nie daje odbicia, aby oni chcieli wejść w mnie. I nie chodzi o to, żeby być dla kogoś atrakcyjną (bo to znalezienie kogoś kto będzie mnie "chciał" nie stanowi, żadnego wyzwania. Wyzwanie polega na tym aby ten potencjalny ktoś umiał i chciał mnie zobaczyć: moje spierdolenie, wszystkie chujnie i wewnętrzny mrok - aby to zobaczył i nie uciekł. No ale jeszcze nikt taki się nie trafił. A ja też nauczyłam się nie dopuszczać ludzi za blisko do moich smoków -bo po co, jak w pierwszym kontakcie nie są w stanie przejść nawet minimalnego pierwszego oporu.  

Więc tak: wchodzę w cudzy smutek głębiej niż w swój. Intensywnie słucham, analizuję, jestem obecna dla kogoś. Rozmowa bardzo szybko staje się głęboka, intymna, emocjonalna. To przyjemne - wydaje mi się, że zaspokaja też moją potrzebę bycia potrzebną i daje (wiecznie brakującą) dopaminę i przy okazji jakoś okrężnie próbuję zachęcić kogoś aby moim smutkiem też chciał się interesować. Mam poczucie, że mój styl stał się bardzo jednostronny, a daję innym to czego sama najbardziej potrzebuję: uważność, ciekawość, bycie „z kimś w środku emocji” i przede wszystkim pytania, które pomagają zejść jeszcze niżej. Mam świadomość, że to, że ja potrafię być z cudzym smutkiem, nie oznacza, że ten ktoś musi odpłacać mi się tym samym. Relacje to nie jest biznes, w którym bilans zysków i strat musi się zgadzać.  

Długo dzisiaj, ale no, nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić, nie wiem co mam zrobić aby poczuć się zaopiekowaną przez kogoś. Wydaje mi się, że ta opcja jest dla mnie niedospana. Raz przez moją neurospicy, dwa przez dużą niezaopiekowaną ranę w tym miejscu. No ale cóż.. niech emocje na razie się wylewają teraz sztuka polega na tym aby przełamywać schemat i przestać próbować "zasłużyć"...

Znalazłam (czyjegoś) męża

Chyba naprawdę nie umiem być sama. Po każdym rozstaniu mówię sobie: „Koniec, żadnych  więcej facetów, randek ani tego całego miłosnego bałaganu". A potem nie mija chwila, a ja siedzę w pociągu jadącym na drugi koniec Polski. Do chłopaka, który ma żonę, dwójkę dzieci, kredyt na 30 lat... i któremu na ten tychmiast muszę powiedzieć wszystkie najgorsze rzeczy o sobie, bo zdaje się, że to pierwsza osoba na tym padole, która ma szansę prawdziwie mnie zobaczyć. 


_______________________________________________

*na ten tychmiast - znaczy jeszcze szybciej niż natychmiast 

ROZSTALIŚMY SIĘ












Rozstaliśmy się z Czarkiem - jutro mija równy miesiąc odkąd wyznał, że mnie nie kocha i dłużej nie chce być ze mną w związku. 

Nie będę ukrywać – było mi w chuj smutno. Czułam się rozbita, zawiedziona, momentami wręcz pusta. Ale mimo tego nie załamałam się. Zamiast siedzieć w miejscu i analizować w nieskończoność „dlaczego”, zaczęłam układać sobie nową rzeczywistość. Pierwsze zadanie: znaleźć nowe mieszkanie. Kolejne: przeorganizować grafik, biorąc pod uwagę ponadgodzinny dojazd do Warszawy. Następne: znaleźć dodatkowe źródło dochodu, żeby móc to wszystko ogarnąć, (nie rezygnując przy tym z pasji).

Największym problemem są chyba moje lekcje tańca, które odbywają się późnymi wieczorami, czasem wręcz nocą. Przeniesienie ich na inną godzinę graniczy z cudem. Grafiki muszą pasować trzem osobom: mi, mojemu tanecznemu partnerowi - Pawełkowi, oraz naszemu trenerowi. Najbardziej problematyczny jest ten ostatni, bo w godzinach, które byłyby dla mnie idealne, prowadzi zajęcia grupowe z innymi kursantami. Zmiana szkoły tańca też nie bardzo wchodzi w grę, bo wtedy lokalizacja przestałaby pasować Pawełkowi, a znalezienie innego partnera tanecznego (na moim poziomie) w tym momencie graniczy z cudem - nawet nie rozważam tej opcji. Dogrywanie się w tańcu z Pawełkiem trwało lata i naprawdę ciężko będzie mi to tak po prostu odpuścić. Ale jak nie znajdzie się lepsza godzina to obawiam się, że mogę być do tego zmuszona. Nie będę w stanie czekać kilka godzin po pracy na trening, zwłaszcza teraz, kiedy muszę rozsądnie gospodarować czasem i finansami. Do tego dochodzi fakt, że chcę część swojej energii włożyć w „rozkręcanie biznesów”, a trudno być efektywną, wracając do domu o 22 dzień w dzień.

Próbuję więc znaleźć złoty środek. Nowy początek. Nową rutynę, która nie zabierze mi pasji, a jednocześnie pozwoli stanąć mocno na nogach.
Chyba staram się po prostu być dzielna i nie traktować rozstania jak końca świata, ale powiem szczerze – zniechęca mnie myśl, że po raz kolejny muszę układać wszystko od nowa. No ile razy można…?

Ale wiecie co w tym wszystkim jest pocieszające? Że mimo tego całego emocjonalnego bałaganu i rozrywającego serce smutku, nie jestem sama. Dostałam (i cały czas dostaję) naprawdę dużo wsparcia od Pawełka, Maćka, Marty (mojej nowej Woodstockowej psiapsi), a to tylko kilka z grona bliskich mi osób, które gdy się dowiedziały o mim rozstaniu były gotowe zaoferować swój czas i wsparcie.  

Dużo zrozumienia i uwagi znalazłam też na pewnym discorodwym serwerze - który dosłownie został stworzonym dla ludzi, potrzebujących emocjonalnego wsparcia. W ostatni weekend mieliśmy meeting i powiem wam - nie sądziłam, że introwertycy są w stanie tak bardzo rozładować moje baterie społeczne (co oczywiście odbieram bardzo na plus)^^ Dużo się działo (gdyby nie fakt, że aktualnie przeżywam bolesne rozstanie to prawdopodobnie czytalibyście o moich nowych internetowych znajomościach, a nie.. nie to coś co teraz czytacie xd). 

Moja rodzinka też kolejny raz stanęła na wysokości zadania i dała mi odczuć, że jakby co to zawsze mogę na nich liczyć i jakby co to kąt w rodzinnym domu się znajdzie. Raczej nie skorzystam z ich propozycji - jednak samodzielne mieszkanie to komfort, którego zdecydowanie nie chciałabym się pozbawiać, ale sama świadomość, że mam taką alternatywę, daje mi ogromny spokój, że w najgorszym wypadku nie wyląduję na bruku.

Tak, że mimo wszystko nadal "niesie mnie pozytywna myśl, że nie jest źle, że to wszystko ma jakiś sens.." Jakoś sobie poradzę (muszę). Blog pewnie na tym zyska, bo znów będzie więcej kontentu do pisania.  Ale powiem, wam że nie spodziewałam się, że tak to się wszystko skończy. Wiem, że w poprzednich wpisach pisałam już, że nie wszystko jest takie super łatwe i cukierkowe, ale wierzyłam w to, że uda nami się mimo wszystko dotrzeć z Czarkiem. Że miłość zwycięży...

Cóż nie zwyciężyła, a ja chyba zacznę dobierać sobie facetów pod względem dopasowania znaków zodiaku. 
Serio, bo moje serce (już nie raz) się pomyliło - no ale ono ponoć głupie, cóż się dziwić, ale rozum też tym razem zawiódł - a gwiazdy mnie jeszcze nie zawiodły, może trzeba dać im szansę... 


And even if I never forget you baby
Tonight I’m gonna let your memory baby, go
Oh, it's sad I know

But at least I got my friends
Share a raincoat in the wind
They got my back until the end
If I never fall in love again

At least I got my friends...

NIE JESTEM W STANIE NIE PYTAĆ

W dzieciństwie bardzo często miałam swoje skomplikowane teorie, które miały za zadanie wyjaśnić działanie świata i przyczynę dlaczego ludzie zachowują się tak, a nie inaczej. Bardzo mnie intrygowało czemu większość koleżanek miała za swój ulubiony kolor różowy albo czy drzewa czują i może mają jakiś zupełnie inny rodzaj zmysłów niż ludzie oraz czemu sąsiad chodzi codziennie pić pod sklep, skoro później nie jest w stanie sam wrócić i zalega pół nocy pod naszym płotem. 

Ciekawość świata i potrzeba poznania przyczyny dosłownie wszystkiego była ogromna. Na niektóre pytania znajdowałam odpowiedź, a na inne wymyślałam własne teorie. Często szłam je później skonfrontować z kimś innym (koleżanką, albo rodzicem koleżanki) i właśnie wtedy padało zdanie, które było chyba moją największą zmorą całego dzieciństwa: "Weź już skończ filozofować" (sic!)

Jak mam skończyć, kiedy ja nawet nie zaczęłam? To dopiero pierwszy temat, a moje wątpliwości i hipotezy obejmowały kolejne dziesiątki i do tego wciąż rodziły się nowe. To, że przestanę wypowiadać je na głos nie sprawi, że znikną z mojej głowy, ani tym bardziej nie zaspokoi mojej palącej ciekawości. Potrzebuję poznać prawdę, tak jak inni ludzie potrzebują jeść. 

Dziś w sumie niewiele się w tym temacie zmieniło. Ta sama ciekawość, która kiedyś dotyczyła drzew i kolorów, dziś kieruje się w stronę ludzi i emocji. I tak samo jak kiedyś, ciężko mi uzyskać odpowiedzi. 

W mojej głowie wciąż pojawiają się pytania, które domagają się uwagi.
Czy to co mam jest tym czego właśnie chcę?
Czy jestem szczęśliwa? 
Czy jestem szczęśliwa z Czarkiem?
Skoro twierdzę, że jestem to czemu czuję smutek?
Czy to co czuję do Czarka to na pewno miłość?
Czym właściwie dla mnie jest miłość? 

I czemu odpowiedź, której dziś sobie udzielam na to pytanie jest tak różna od tej której udzielałam sobie jeszcze kilka lat temu?  

Te pytania zadaję zarówno sobie, jak i Czarkowi. 

Czy on jest szczęśliwy? 
Czy jest szczęśliwy ze mną?
Czy chce być ze mną? A jeśli tak to dlaczego? 

No i właśnie to ostatnie pytanie jest powodem, dla którego dziś możecie czytać ten wpis. Zadałam je wczoraj Czarkowi - w głowie mając już niemal gotowy scenariusz na pokrzepiającą odpowiedź, której mi udzieli: że jestem wyjątkowa, utalentowana, że bardzo mnie kocha i ze mną jest lepiej niż beze mnie... Ale takie słowa nie padły. 

Zamiast tego powiedział, że może nie powinnam go wciąż tak wypytywać .
Bo gdy słyszy takie pytania, zaczyna się zastanawiać – i te myśli, zamiast przynosić odpowiedzi, sieją wątpliwości, (że może to nie jest miłość, że może ja nie jestem odpowiednia dla niego).

Jakbym nie wiedziała, że to są trudne pytania, które w swojej naturze mają zasiewanie kolejnych wątpliwości. Ale wierzę, że w szczerości przed sobą trzeba się z nimi skonfrontować. Jak śpiewał Happysad: lepiej wiecznie szukać, niż choć raz przed sobą skłamać, że znalazłem, że już mam, że wystarcza. 
Bo inaczej zostaje tylko życie w iluzji – pozornie łatwiejsze, może nawet przyjemniejsze, ale w praktyce brak szczerości zawsze prowadzi do cierpienia, które po cichu zaczyna nas zjadać od środka. Własnej natury nie da się oszukać - niestety. 

No więc ja sobie zadaje pytanie: co mam kurwa teraz zrobić z tą jego wspaniałą odpowiedzią? 

Ta wewnętrzna, bezkompromisowa część mnie, która zna swoją wartość, doradza spierdalać. Na świecie są setki facetów, którzy daliby się pokroić, za to żeby ze mną być, szkoda tracić czas na faceta, który nie potrafi mnie docenić.  

A druga - ta, która kocha Czarka, która wierzy, że wszystko jeszcze może się ułożyć i która sama ciągle ma jakieś wątpliwości - jest spokojna i mówi: Paula nie ma co reagować emocjonalnie. Chłopak zaczął się głębiej zastanawiać - to dobrze. Jak będzie wiedział to da Ci odpowiedź, która albo jeszcze bardziej zbliży was do siebie, albo uwolni i pozwoli szukać szczęścia w ramionach kogoś innego. Do tego czasu nie ma co panikować i nakładać dodatkowej presji. 

Postanowiłam posłuchać tej drugiej i aktualnie "niesie mnie pozytywna myśl, że nie jest źle, że to wszystko ma jakiś sens.." - to też z piosenki Happysad. 

Mamy z Czarkiem inne podejście do świata. 

On jest takim cichym opiekunem, który podąża za daną mróweczką. Obserwuje, nie narzuca się, daje przestrzeń, a jednocześnie w głowie układa już plan, jak zapobiec niebezpieczeństwom, które mogą pojawić się na jej drodze. Przy okazji zbiera składniki, z których przygotuje kolację, a gdy nadejdzie noc - okryje ją ciepłym kocykiem, rozpali ognisko i będzie wstawał w nocy, żeby dokładać do ognia.

Ja natomiast widząc idącą sobie w spokoju mróweczkę, wyskoczyłabym nagle z krzaków, zastawiając jej drogę i pytając: quo vadis? A potem dołączyłabym do niej, ramię w ramię, chcąc ją poznać i dzielić z nią trudy wędrówki. Gdy zaczyna padać, pytam, czy lubi deszcz. Jak zgłodniejemy to proponuję jakieś krwiożercze polowanie. Jak zrobi się nudno to wymyślam dla nas jakieś ekstremalne, szalone wyzwania, a gdy pójdziemy spać to położę swoją głowę na jej kamieniu aby porównać czy jest równie twardy jak mój. 

Czarek nie ingeruje, nie wchodzi w bezpośrednią interakcję, zapewnia całkowitą wolność i  wspiera, gdy widzi że zachodzi taka potrzeba. Ja też daję wolność, ale zamiast planować i zapobiegać, wolę wspólnie przeżywać, poznawać i doświadczać.
Nie umiem po prostu być OBOK- ja zawsze jestem Z.

On chroni świat, a ja chcę go dotknąć.

Może właśnie dlatego tak trudno nam się czasem spotkać pośrodku - bo każde z nas inaczej przeżywa świat. Ale może wcale nie o to chodzi, żeby się spotkać idealnie w połowie, tylko żeby umieć się nawzajem widzieć i rozumieć, nawet jeśli stoimy po dwóch różnych stronach drogi. Nie wiem, czy to się da pogodzić - jego spokój i moją ciekawość. Ale wiem, że chcę to sprawdzić. I że dopóki próbujemy się zrozumieć, to jeszcze mamy o co walczyć.