To będzie długi wpis. Chciałabym wam opowiedzieć o tym, że czuję się chujowo (i dlaczego). O tym, że mało jest we mnie spokoju, za to dużo wewnętrznej szarpaniny. Jestem zmęczona, przytłoczona, przestraszona i... smutna - i to nawet abstrahując już od (nie moich)chłopów.
Odkryłam o sobie, albo nie o sobie - dwie rzeczy.
Po pierwsze: mam w sobie głęboko zakorzenione poczucie, że nikt nie jest w stanie mnie w pełni zrozumieć. Podczas pracy nad pewnością siebie wypracowałam mechanizmy, które pozwalają mi zadbać o siebie i czuć się naprawdę dobrze sama ze sobą - bez szukania waloryzacji na zewnątrz. Nie nie potrzebuję, żeby ktoś mówił mi, jaka jestem piękna, super, wyjątkowa, ani żadnych innych komplementów. To jest dla mnie miłe - i tyle. To czy się komuś podobam czy nie - w żaden sposób nie świadczy o mnie. Moja wartość po prostu jest i liczy się to na ile ja ją wycenię (a cenię wysoko). Wiecie, to trochę jak z abstrakcyjnym obrazem. Dla kogoś, kto nie zna się na sztuce, może to być bezwartościowy bohomaz. Dla kolekcjonera - najcenniejszy okaz w kolekcji. A obraz pozostaje… obrazem. Nie wiem, czy czaicie, o co mi chodzi, więc może podam przykład.
![]() |
| "Number 17A" Jackson Pollock |
<-- Ten obraz został sprzedany w 2016 roku za około 200 milionów dolarów. Jak dla mnie jest przegenialny, chciałabym go zobaczyć na żywo - bardzo bym chciała. Musi robić mega wrażenie. Ja lubię abstrakcję, zabawę formą i pozorny nieład. Jednoczenie domyślam się, że klasycy nie powiesiliby go u siebie w salonie na ścianie. No i spoko, to że "Number 17A" nie rezonuje z klasykami - nie zmienia faktu, że ktoś zapłacił za niego tonę hajsów. Możliwe, że ktoś inny byłby gotowy zapłacić jeszcze więcej - tylko akurat nie miał. Dużo można tu teoretyzować...
Ale to tyle jeśli chodzi o teorię, powoli zbliżamy się do sedna problemu. Chciałam tylko zaznaczyć, że to nie jest problem z moją wartością w środku. Ja wiem, że jestem ważna. Umiem siebie docenić i umiem się sobą zaopiekować. To zostało przepracowane i nie zostawia już miejsca na dyskusję. Nie czekam, aż ktoś przyjedzie na białym rumaku i uratuje mnie z bólu czy smutku. Nie oczekuję, że ktoś „weźmie odpowiedzialność” za moje emocje. Mam głębokie przekonanie, że tylko ja sama mogę to zrobić, bo nikt inny nie ma dostępu do mojego świata w taki sposób, w jaki mam go ja. I nie mówię tego z żalem. Każdy z nas nosi w sobie inną wrażliwość, inne doświadczenia, inne filtry patrzenia na ludzi i rzeczywistość
Natomiast podczas ostatniego spotkania z moją psychoterapeutką okazało się, że nawet jeśli potrafię się sobą zaopiekować, mogę jednocześnie potrzebować, żeby ktoś inny również zauważył mój smutek. Żeby się nim zainteresował. Żeby chciał wejść w to ze mną, nie po to, by mnie ratować, ale by po prostu być obok...
Usłyszałam wtedy, że to jest realna potrzeba. I że ona może być zaspokajana. (I to jest właśnie ta druga "rzeczy" którą w sobie odkryłam) - że u mnie w tym miejscu jest bardzo głęboka, niezaopiekowania rana, która aktualnie sączy się jakąś obrzydliwą ropą (ale o moim aktualnym emocjonalnym poczuciu beznadziei opowiem wam na końcu tego wpisu - wcześniej czeka was kontekst historyczny z mojego życiorysu.
Moja terapeutka zapytała mnie, kiedy w dzieciństwie czułam się doceniana - zapadła dłuższa cisza i zrobiło się ciężko, bo moje doświadczenia z dzieciństwa to ciągłe poczucie bycia niewystarczającą.
W szkole byłam „niegrzeczną dziewczynką”, dokuczająca wszystkim naokoło, wymyślająca co nowe psoty, a moja mama przynajmniej raz w miesiącu była wzywana do szkoły, bo Paula przechodzi samą siebie w pomysłach jak wyprowadzić nauczycieli ze strefy ZEN (cóż zrobić).
Pamiętam, że w pierwszych klasach szkolnych mieliśmy taki (chujowy) system oceniania. Za bardzo dobre zachowanie była złota naklejka, za średnie - srebrna i za złe - brązowa. Takie naklejki dostawaliśmy codziennie. Na początku bardzo się starałam. Naprawdę. Chciałam tej złotej naklejki, jakby była dowodem na to, że wszystko ze mną w porządku - ale nigdy się to nie udało. I gdzieś w mojej głowie zaczęło się budować przeświadczenie, że nieważne, jak bardzo się postaram i tak zawsze będę niewystarczająca. A skoro tak, to po co w ogóle się starać, można mieć wywalone - przynajmniej wtedy nie trzeba mierzyć się z rozczarowaniem.
Teraz wiem, że moje problemy z zachowaniem i skupieniem uwagi, w tamtym czasie były związane z zaburzeniami ADHD i brakiem uwagi od rodziców w domu, a nie tym, że jestem beznadziejna... no ale tego dowiedziałam się znacznie później.
Wracając do pytania mojej terapeutki: co mogłam zrobić, żeby zostać doceniona?
Albo epicko coś rozpierdolić. (za tym nie zawsze szło docenienie, ale skupienie na sobie dużej ilości uwagi już tak) xD
A drugim sposobem było dosłownie wywalczenie sobie tego: zawody sportowe, konkurs poetycki, różnego rodzaju występy szkolne i pozaszkolne. Ze „zdrowych” opcji to był właściwie jedyny sposób, żeby zostać docenioną albo chociaż zasłużyć na bycie wystarczającą.
Tak samo w szkole, jak i w domu. Rodzice którzy przez większość czasu byli niedostępni, nie mający czasu zajmować się mną w większym stopniu niż (żeby dziecko było najedzone, ubrane, poszło spać, a wcześniej odrobiło lekcje). Od młodych lat nikt nie tłumaczył mi jak działa świat, ani jak ja działam. A ja gotowałam się w swoim kociołku, bo nikt nigdy nie zainteresował się tym jak się czuje (że czuję się źle) i że jest opcja czuć się inaczej. Nie mówię tego z żalem, mam cudownych rodziców, którzy teraz są dla mnie ogromnym wsparciem, wszystko co robili w tamtym czasie - robili aby zapewnić nam lepszą przyszłość. Po prostu zabrakło w tym świadomości i może odrobiny empatii.
Kolejnym wyzwaniem był fakt, że każde z moich rodziców traktowało mnie inaczej.
Była przepracowana mama - wiecznie niezadowolona, bo coś było niezrobione, niedopilnowane, nie tak, jak trzeba. (Pamiętacie schemat z naklejkami? Bardzo szybko wcieliłam w życie zasadę, że skoro się staram, a i tak jest źle, to po co w ogóle się starać). Ech... byłam trudnym dzieckiem. Naprawdę.
I był tata, który szczerze mnie lubi, chciał ze mną przebywać i (jeśli tylko miał czas) traktował mnie jak swoją małą księżniczkę. Z jednej strony to było fajne. Dawało ulgę i poczucie akceptacji. Z drugiej jednak to ambiwalentne traktowanie zrobiło mi w głowie potężny mętlik. Mętlik, który trwa do dziś.
Wygląda na to, że raz tak, raz tak zależnie od tego, co akurat się wylosuje. A ja sama mam w tym bardzo mało sprawczości... Ale o tym może rozpiszę się więcej innym razem.
Czuję, że znowu zaczynamy odpływać od brzegu.
Przez lata mój sposób na bycie zauważoną i docenioną przez innych (dwie potrzeby, które właściwie przez całe moje życie były (i wciąż są) w ogromnym deficycie) polegał na jednym: muszę to sobie wywalczyć.
Podjąć rywalizację. I w niej zwyciężyć.
Naturalny stan to poczucie bycia niewystarczającą, ale jak podjęłam "pracę" to pewne działania dawały docenienie. I to jest moja odpowiedź dlaczego jestem Psem goniącym samochody (odkąd pierwszy raz usłyszałam to zdanie w Mrocznym Rycerzu towarzyszy mi jak mantra i czasami mam wrażenie, że jest niczym mój wewnętrzny rdzeń:
„Pies goniący samochody” to ktoś, kto nie potrzebuje planu ani celu końcowego — liczy się sam ruch, impuls, działanie. To też sposób na bycie wolnym od oczekiwań i sensów narzuconych z zewnątrz.
Czasem w tym jest lekkość: robisz rzeczy, bo możesz; a czasem niepokój: co, jeśli jednak kiedyś złapiesz ten „samochód” i okaże się, że cisza jest gorsza niż pościg?
I tu dochodzimy do mojego emocjonalnego poczucia beznadziei, które koniec końców znowu rozbija się o relacje. Sytuacja wygląda tak: mniej lub bardziej świadomie noszę w sobie przekonanie, że „muszę zasłużyć”. Że cokolwiek bym nie zrobiła i tak nigdy nie będę do końca zrozumiana. Wybieram więc niedostępnych mężczyzn (pamiętacie, jak kiedyś pisałam o „typie zagadki”?) albo takich, z którymi komunikacja od początku się nie klei. I to mimo że sama często i gęsto powtarzam, że komunikacja jest dla mnie w związku najważniejsza.
To właśnie w tym miejscu pojawia się beznadzieja: wiem, czego potrzebuję, a jednocześnie wciąż ląduję w relacjach, które tej potrzeby nie są w stanie udźwignąć.
To jest też powód dla którego łatwo widzę smutek innych osób. Wchodzę w niego ze szczerą ciekawością, uważnością i (wydaje mi się) sporą świadomością. Spuściłam się tak głęboko w moją osobistą otchłań smutku, że te cudze emocje mi nie straszne i stałam się całkiem dobrą towarzyszką tej drogi (Qvo Vadis?) Ale jednocześnie jest to dla mnie źródło osamotnienia, które ostatecznie zostawia mnie z poczuciem jeszcze większego smutku.
Zwłaszcza, po tym jak moja terapeutka uświadomiła mi że ludzie mogą mieć potrzebę, aby ktoś ich zauważył, a nawet że ta potrzeba może być w pełni zaspokojona. No i te słowa odkręciły mój emocjonalny kurek. Poczułam się bardzo niezaopiekowania, niezauważona i wiedziałam że mam ten mój pierwszy sposób - sama się sobą zaopiekuję... No ale skoro (w teorii) można to zrobić z kimś... to może warto poczekać? Zwłaszcza, że ja z wieloma emocjami jestem nieskontaktowana więc niech się wylewają. Zobaczymy co z tego wyjdzie - bo akurat tego (w moim emocjonalnym cyrku) jeszcze nie grali.
Czuję żal, rozgoryczenie. Czuję też, że to, jak głęboko wchodzę w innych ludzi, nie daje odbicia, aby oni chcieli wejść w mnie. I nie chodzi o to, żeby być dla kogoś atrakcyjną (bo to znalezienie kogoś kto będzie mnie "chciał" nie stanowi, żadnego wyzwania. Wyzwanie polega na tym aby ten potencjalny ktoś umiał i chciał mnie zobaczyć: moje spierdolenie, wszystkie chujnie i wewnętrzny mrok - aby to zobaczył i nie uciekł. No ale jeszcze nikt taki się nie trafił. A ja też nauczyłam się nie dopuszczać ludzi za blisko do moich smoków -bo po co, jak w pierwszym kontakcie nie są w stanie przejść nawet minimalnego pierwszego oporu.
Więc tak: wchodzę w cudzy smutek głębiej niż w swój. Intensywnie słucham, analizuję, jestem obecna dla kogoś. Rozmowa bardzo szybko staje się głęboka, intymna, emocjonalna. To przyjemne - wydaje mi się, że zaspokaja też moją potrzebę bycia potrzebną i daje (wiecznie brakującą) dopaminę i przy okazji jakoś okrężnie próbuję zachęcić kogoś aby moim smutkiem też chciał się interesować. Mam poczucie, że mój styl stał się bardzo jednostronny, a daję innym to czego sama najbardziej potrzebuję: uważność, ciekawość, bycie „z kimś w środku emocji” i przede wszystkim pytania, które pomagają zejść jeszcze niżej. Mam świadomość, że to, że ja potrafię być z cudzym smutkiem, nie oznacza, że ten ktoś musi odpłacać mi się tym samym. Relacje to nie jest biznes, w którym bilans zysków i strat musi się zgadzać.
Długo dzisiaj, ale no, nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić, nie wiem co mam zrobić aby poczuć się zaopiekowaną przez kogoś. Wydaje mi się, że ta opcja jest dla mnie niedospana. Raz przez moją neurospicy, dwa przez dużą niezaopiekowaną ranę w tym miejscu. No ale cóż.. niech emocje na razie się wylewają teraz sztuka polega na tym aby przełamywać schemat i przestać próbować "zasłużyć"...




