Historia Małżeńska

Cały dzień myślę co tutaj napisać aby jakoś pomóc sobie zapanować nad chaosem jaki powstał w mojej głowie, ale nadal nie potrafię znaleźć sensu w swoich uczuciach. W ostatni weekend pojechałam na wyjazd służbowy, na którym poznałam wiele nowych osób jak i zacieśniałam więzy z tymi których znałam już wcześniej. I to o tym zacieśnianiu najbardziej chciałbym teraz pisać, ale całej historii nie da się zrozumieć jeśli nie opowiem wam jeszcze troszkę o mnie i o wydarzeniach, które miały miejsce dużo wcześniej. (Tak to jest jak się dodaje wpisy raz na pół roku. Chyba sama przed sobą nie chciałam przyznać, że w niektórych sferach życia nie jest dobrze, skupiając się tylko na tych, w których akurat wypadam zajebiście czyli praca, sport i oglądanie anime na Netflixie). Ale do brzegu. 

Jest luty tego roku, a ja siedzę na łóżku patrzę w ciemne głębokie oczy mojego chłopaka i z pękającym sercem mówię mu, o tym, że nie chce być z nim dalej w związku. Nie dlatego, że za mało go kocham, jednak pomimo mijającego czasu nadal nie umiemy ze sobą rozmawiać. Nasze języki miłości są zupełnie inne i ranimy się wzajemnie, nie z powodu złych intencji, ale zwyczajnej różnicy w temperamentach, które już w codziennych czynnościach dają cień konfliktu. Mój chłopak nie zaprzecza, wiem, że on też ma obawy co do tego, czy w ogóle jesteśmy w stanie tworzyć razem związek. Fundamenty mamy solidne, oboje jesteśmy dla siebie dobrzy, szanujemy się, troszczymy i wspieramy wzajemnie. Natomiast cała reszta to dwa skrajne światy. Nie rozstajemy się jednak, to nie takie proste gdy mieszka się razem, ma się wspólne plany i kota. A  kiedy mój chłopak bierze mnie w ramiona przytula i całuje zapłakane usta to już niczego nie jestem pewna, a z pewnością nie tego, że chcę aby ode mnie odszedł. 

Jednak czas mija, a pomimo obietnic nie wiele się zmienia. Ja potrzebuję pełnej otwartości zarówno w zwykłej rozmowie jak i w łóżku. Mój chłopak nie potrafi/ nie chce, a koniec końców nie rozmawia ze mną na tematy uczuć, emocji czy naszego związku. Jeśli zaczynam trudny dla niego temat milczy, wychodzi na papierosa, albo milczy i jestem zmuszona odpuścić. Ani argumenty, że rozmowa na ten temat jest dla mnie ważna, że jego milczenie mnie rani ani w konsekwencji spadające łzy nie są na tyle silną kartą przetargową aby mój chłopak był w stanie zwyczajnie ze mną porozmawiać. Sytuacja jest podobna, kiedy próbuje mu opowiedzieć o moich własnych doświadczeniach i emocjach z przeszłości. Uważam, że to ważne aby wiedzieć o sobie jak najwięcej. Poznać co na kształtowało w przeszłości, jakie otaczało nas środowisko, jakich ludzi wpuściliśmy do swojego najbliższego kręgu. Jednak mój chłopak na pytanie czy chciałby o tym posłuchać odpowiada "nie", i ja wiem, że nie dlatego aby mnie zranić, tylko zwyczajnie jest to dla niego niekomfortowe, może czuje się zazdrosny, albo boi, że za chwilę sam będzie musiał opowiadać i woli uciąć temat w zarodu. No ale mnie to boli chyba jeszcze bardziej niż brak chęci do rozmowy. Czuję się bezsilna nie mogąc przebić się przez mór którym otoczył się mój chłopak, ani w żadne sposób wyrazić przed nim siebie. Wydaje się jakby Arek nie był ciekawy mnie i tego co mam w głowie. I jakbym pięknie nie starała się tego ująć w słowa, taka jest najwyraźniej prawda.  

I ja wiem, że kiedyś ktoś go bardzo skrzywdził, że już raz zawiódł swoje zaufanie i mimo wszystko widzę, że się stara i jest lepiej. Nie chcę nikogo o nic obwiniać obwiniać, ale ja chyba nie mam tyle cierpliwości. Czuję, że każdego dnia tracę cząstkę siebie zamiast się rozwijać to bardziej zamykając się w sobie. 

Kolejnym kamieniem milowym jest różnica w naszych libido. Kiedy ja każdego dnia próbowałam uwieść mojego partnera on pozostawał tak samo niedostępny fizycznie jak i emocjonalnie, często nie pozwalając się nawet dotknąć. Rzadko kiedy jest też zainteresowany moim ciałem (sam z siebie prawie nigdy). To ja inicjuje niemal wszystkie nasze stosunki seksualne, bardzo często spotykając się przy tym z odmową, (co za każdym razem jest dla mnie jak prosty komunikat: nie jesteś dla mnie dość atrakcyjna abym otworzył się dla Ciebie). A mi pozostaje tylko tak dobrze znane poczucie odrzucenia. Odkąd sama przestałam "dokuczać" mojemu chłopakowi (bo moje starania i tak nic nie dawały) częstotliwość naszych stosunków wynosi raz na miesiąc, a moich orgazmów jeszcze mniej. I ja wiem, że są pary, dla których taki układ byłby idealny, ale ja jestem osobą dla której seks jest w związku bardzo ważny (o ile nie najważniejszy), to jest mój sposób wyrażania i przyjmowania miłości i kiedy nie ma go przez długi czas, a ja jestem zmuszona (nieskutecznie) prosić to czuję się strasznie. Moja najlepsza cecha stała się moim największym utrapieniem i powodem cierpienia. A ja nigdy nie byłam typem cierpiętnicy. 

I tu wchodzą wydarzenia z zeszłego weekendu, okazało się, że moja potrzeba bliskości jest tak niezaspokojona, że kiedy poznałam kogoś kto bez skrępowania mnie chciał i kto był zainteresowany tym co mam w głowie, to zwyczajnie odleciałam. Chociaż H. teraz najpewniej myśli, że mi się nie spodobał, bo w tym momencie gdy zdjął swoją koszulkę (naprawdę nie spodziewałam, się, że będzie wyglądał aż tak dobrze) może nie wybiegłam, ale dość sprawnie zgarnęłam swoje pantofelki i poszłam do siebie (całe szczęście miałam pokój w tym samym hotelu). 

H. spodobał mi się zdecydowanie za bardzo, tak bardzo, że sama przestraszyłam się swoich myśli i emocji. Jestem aż tak łatwa? Tak łatwo mnie uwieść? I jak mogę czuć większe pożądanie do mężczyzny, z którym spędziłam zaledwie jeden wieczór niż do chłopaka z którym jestem od lat!? Nie jestem pewna, ale w głębi duszy znam chyba odpowiedzi na te pytania i z pewnością jestem świadoma, że cała atmosfera minionego wieczoru nie wzięło się znikąd. Wiem, że H. by mnie zrozumiał i zaopiekował się moim serduszkiem tak jak ono na to zasługuje. A taka myśl nigdy nie może przejść obojętnie. Nie w moim przypadku.  

Jednak mam w sobie takie przekonanie (niektórzy nazwali by to pewnie intuicją), że jeśli nie uda mi się teraz stworzyć udanego związku z Arkiem, to nie stworzę go już z nikim. Mam za duże wymagania. Nie chce by strach kierował moim życiem, a z drugiej strony chce mieć też szanse na normalną rodzinę. Ech.. czemu ja zawsze muszę być rozdarta, pomiędzy sercem a rozumem. I tu nawet nie chodzi o H. bo z nim też z wielu powodów nie mogłabym być w związku, nie wiem nawet czy bym chciała, czy on by chciał, może to ten typ który zabawia wiele kobiet. Natomiast wiem, że mimo wszystko, nawet jeśli H. miałby się okazać najgorszym łajdakiem jestem gotowa rzucić wszystko dla chwili bliskości z nim i to daje mi naprawdę wiele do myślenia. 

Brak komentarzy: