Znajda - Lao Che

Zauważyłam, że często im mniej ktoś jest mną zainteresowany i zachowuje dystans, tym bardziej mnie do niego ciągnie, ale póki co w moim życiu uczuciowym nic się nie dzieje. Jest szansa, że zmieni się to już w następnym tygodniu, ale nie wyprzedzajmy faktów.
Za miesiąc się wyprowadzam - jeea! Znalazłam brzydkie mieszkanie z balkonem w dobrej lokalizacji, za małe pieniądze - marzenie! Witaj niezależność!
Chciałam wykorzystać ten chwilowy przestój, żeby opowiedzieć wam trochę o moich poprzednich związkach. Jeszcze nie o tym ostatnim, najbardziej poważnym, o którym też na pewno kiedyś napiszę, ale chciałabym zrobić to na chłodno i w dobrym momencie, a teraz ani nie jest chłodno, ani moment nie jest dobry. Ale już wiem.

Coś kontrowersyjnego, kojarzycie ptaki ciernistych krzewów?
Kilka lat temu poznałam Piotra. Piotr jest przystojnym mężczyzną po pięćdziesiątce. Tak podobają mi się starsi mężczyźni. Tak, marzył mi się taki romans, ale teraz wiem, że w moim przypadku to nie przejdzie. Teraz, bo wcześniej... spotykałam się z Piotrem. Piotr był mega, imponował mi pod niemal każdym względem. Skończył wymagające studia, pisał publikacje naukowe, był bardzo poważany w swoim środowisku, jeździł po świecie, prowadził szkolenia. Miał wiedzę, charyzmę, pasję, ogromną wiarę, żonę i chęć na młodziutką dziewczynę. Z zasady nie angażuję się w związki z zajętymi facetami. Nie chcę być "tą drugą", szanujmy swój czas. Ale w Piotra zaangażowałam się zanim dowiedziałam się, że pierwsze miejsca są już pozajmowane. W sumie zaangażowałam to też za dużo powiedziane. Po prostu chodziliśmy razem do piwnicznych kawiarni na starym mieście, gdzie rozmawialiśmy o książkach, które czytam, o filozofii i Bogu. Piotr słuchał tego co do niego mówię i naprawdę go to interesowało - w tamtym czasie to był fenomen. Słuchał, zadawał pytania, znów słuchał. I nawet, gdy się wahałam, gdy jedną teorią zaprzeczałam drugiej, on wydawał się taki zafascynowany tym jak myślę i co mam w głowie. To był dla mnie ogromny komplement. Bo wiecie ja chyba nie jestem ładna. Znaczy wiem, że moje ciało może się podobać i gdy ktoś mówi mi, że jestem piękna, pociągająca czy cokolwiek to nie wdaje się w dyskusję o estetyce i że ja uważam inaczej. Ale to co jest we mnie najlepsze, jest u mnie w głowie i jak ktoś docenia to w pierwszej kolejności, (a Piotrek prawdziwie doceniał), to mnie ma. To ja jestem szczęśliwa jakbym wygrał yyy... coś co bardzo chciałabym wygrać i przy Piotrku byłam właśnie taka szczęśliwa i chciałam odwdzięczyć mu się za to szczęście. Wiedziałam, że brakuje mu bliskości i że nie chodzi mu tylko o seks, ale tego również by chciał. Nawet wysłał mi kilka swoich aktów (pięknych aktów) i pisał, co by zemną zrobił, gdyby mógł zrobić...

No ale zanim doszło do czegokolwiek, okazało się, że Piotruś to kłamca. Mówiłam, że miał żonę?
Właściwie to nie miał. Miał za to przyjęty sakrament kapłaństwa, złożone śluby czystości i takie tam...

Wkurwiłam się. Napisałam dużo słów których nie myślałam, on przeprosił, ja kazałam mu spierdalać. Później ja napisałam, przeprosiłam, bo w sumie kim jestem aby go oceniać. Rozumiałam jego samotność. Poza tym nie doszło między nami do niczego fizycznie. Tylko na poziomie psychicznym i emocjonalnym pojawiła się ta... namiętność, która pojawić się nie powinna.

Mamy kontakt do dziś: czasami zdarza mi się słuchać jego konferencji na yt, on czasem napisze z pytaniem co tam u mnie, albo gadamy o moim "kryzysie" wiary. Jest spoko, czuję, że coś dobrego z tego wyszło. Tylko szkoda, że nie było w tym wszystkim od początku prawdy. Puenty nie ma.

(oczywiście imię i miejsca zmienione - obiecałam, że nie narobię chłopu problemów).

Brak komentarzy: