Z dniem dzisiejszym przestaje wierzyć, że przyjaźń damsko-męska jest możliwa. Że dobre intencje i szczere chęci to narzędzia, którymi można cokolwiek zbudować. Jeśli jesteś atrakcyjną pewną siebie kobietą to jedyne co możesz zrobić dobrego dla męskiej części świata to mieć ją głęboko w dupie. Jeśli zacznie Ci zależeć, okażesz swoje zainteresowanie i wsparcie to oni z czasem zaczną oczekiwać tego od Ciebie. Zaczną chcieć Ciebie i jeśli im tego nie dasz... to stajesz się okrutną femme fatale, która stoi na ich drodze do szczęścia. A Ty z najlepszej przyjaciółki, robisz się wyrodnym katem.
Posypała się moja relacja z Maćkiem, który nie potrafi pogodzić się z faktem, że zaczęłam się z kimś na poważnie spotykać. Poczuł się odrzucony, chciał się ze mną spotkać (nie napisał tego wprost, ale o to chyba w tym wszystkim chodziło), a ja nie przyszłam, bo spędzałam czas z Czarkiem (no niestety nie można być wszędzie jednocześnie). Ten moment był dla niego niczym cios w plecy... No i koniec, końców Maciek po tym jak przyznał się swojej psychoterapeutce, że planuje samobójstwo, wylądował w psychiatryku.
W szpitalu odwiedziłam, go dwa razy. Na początku było ciężko, ale później wydawał się mocno pogodzony z sytuacją. Graliśmy w ping ponga i żartowaliśmy wspólnie o jego pobycie "na wczasach". Wtedy jeszcze wydawało mi się, że jakby Maciek sobie to wszystko poukłada w głowie, to jest szansa jakoś to wszystko odbudować... Ale po mojej drugiej wizycie jak rozmawialiśmy przez telefon Maciek powiedział, że nie chce abym go więcej odwiedzała, że nie czuje ode mnie pomocy i wsparcia jakiego oczekiwałby od kogoś kogo nazywa przyjacielem, że nie interesuje go już co u mnie i ogólnie najlepiej byłoby jakbym się od niego zdystansowała. Z tym ostatnim się zgadzam, przerwa z pewnością dobrze by nam zrobiła na ostudzenie emocji, natomiast cała reszta.. zabolała w chuj. Maciek jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Jeszcze miesiąc wcześniej jak mnie zapytał co uważam za swój największy życiowy sukces, odpowiedziałam mu, że naszą relację: że się wspieramy, akceptujemy, tworzymy coś razem. Ale nawet dla najlepszego przyjaciela nie ma we mnie zgody aby rezygnować z samej siebie. Nie uważam też, że przyjaźń polega na byciu w ciągłej dostępności dla kogoś i przybieganie na zawołanie w dowolnym momencie w ciągu doby. I tu nasze definicje z Maciek się chyba rozjeżdżają. On taką dostępność był gotowy oferować.
W każdym razie, bez szukania winnych, fakt jest taki, że Maciek nie chce się już ze mną przyjaźnić, a ja nie mogę nic z tym faktem zrobić, przecież go nie zmuszę. Jedyna droga to zaakceptować i uszanować jego decyzję. Ale we mnie nie ma takiej zgody. Czuję ogromną bezradność. Czuję się niesprawiedliwie oceniona i pierwszy raz niezrozumiana, przez człowieka, który wspierał i rozumiał mnie od lat... a teraz przestało go to wszystko obchodzić i ja nie mogę nic z tym zrobić... tylko zaakceptować. Nie ma we mnie takiej akceptacji.
Pierwszy raz od lat postanawiam wyrazić ten swój ból żyletkami. Mistycyzmu całej sytuacji dodaje fakt, że to są Maćkowe żyletki. Już zapomniałam jaki kojący potrafi być widok krwawiących blizn na ciele.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz