Błąd - Łona i Webber

Poczytałam sobie kilka moich poprzednich postów... Ech.. Czy podoba mi się jak to jest napisane? Już nie czepiając się treści, pozom języka jest marny. "Bo ja wtedy pojechałam, a on powiedział i razem poszliśmy, a później ktoś inny przyszedł i on też powiedział...." I dziesięć razy powtarzające się słowa w jednym akapicie..... (te wielokropki to wyraz mojej desperacji). Wizualnie też mi się mój blog nie podoba. Czy stałam się już stereotypowym człowieczkiem, który wiecznie narzeka, ale nie czyni nic aby zmienić swój los? Mimo, że już ponad rok tutaj goszczę to nadal nie umiem, (łamane na nie chce mi się) dopasować szablonu. Zastanawiam się czy to nie znak aby poszukać innej platformy. Ale czy to poprawi poziom mojego słownictwa? Wpłynie na regularność tworzenia postów? I czy mam jakąś gwarancję, że tam już będzie ładnie? No nie wydaje mi się. A może mi tu dobrze? Tak sobie myślę, że ja najładniej wysławiam się w konwersacjach, gdzie poznaje nowych ludzi. Nigdy nie usuwam archiwum, bo do tego aż miło wrócić. Mówię wam, jak traficie na mnie w internetach i będziemy mieli przyjemność razem klikać - będzie sztos ^^ Swoją drogą na blogspocie jest kilka blogów, które (pomijając fakt, że w większości przypadków od dawna zdechłe) to w czasach swojej świetności były bardzo estetyczne. Z resztą nadal są. #Miętowy Kochanek - jeśli jakimś cudem to czytasz, to wiedz, że jestem fanką, regularnie odwiedzam Twoją stronę z nadzieją na nowe kąski i dalsze losy Twojego życia (erotycznego). Prawdę mówiąc to ten blog powstał trochę z inspiracji Twoją twórczością (ponoć naśladownictwo to najwyższa forma pochwały). Nawet mi czasem trochę szkoda, że jestem w stałym związku i nie mogę chodzić na randki, aby później o nich pisać. 

Wiecie co, od godziny gapię się w ekran i z jednej strony chcę się podzielić tym co ostatnio mnie gryzie, a z drugiej mam opory aby pisać cokolwiek. Nie jest tak, że nie mam nic do powiedzenia, ale w tym wszystkim czuję presję, aby wyrzucić z siebie wszystko. Tylko tu pojawia się problem, bo nie chce poświęcać czasu na rzeczy błahe, a do tych "trudnych" sama przed sobą chyba odcięłam dostęp. Przez długi okres mojego życia byłam dla innych ludzi otwartą księgą. Dostępną, kontaktową, praktycznie nie mającą prywatnej strefy sacrum. Niemal sadystyczną przyjemność sprawiało mi, jak ludzie brali jakąś cząstkę mnie i oceniali. Nigdy w swoim życiu nie uważałam tego za wadę. Wręcz przeciwnie, czułam się silna, niezwyciężona, że pomimo zadawanych ran, szyderstwa czy prawdy o sobie, z którą nie koniecznie na dany moment miałam ochotę się konfrontować, nie potrzebowałam skorupy. Bo mojej wartości nie stanowi przecież opinia innych ludzi. Nadal wychodzę z tego założenia i mam nadzieję, że już w tym temacie nie będę robić kroków wstecz. Ale coś jest ze mną nie tak i w żaden sposób nie potrafię zdiagnozować o co chodzi. Mam wrażenie, że przestałam dawać z siebie, jakby tam w środku już nic nie było. I nie chodzi o brak poczucia własnej wartości. Problem jest gdzieś indziej, ja wiem tyle, że jest; ale nie umiem go zdiagnozować. Może to przez stres, ostatnio w moim życiu jest go sporo. Najpierw wypadek i pogruchotana stopa, później bycie inwalidą na pełen etat i pełna zależność od innych. Aktualnie sprawa w sądzie, która nie idzie po mojej myśli. Brak satysfakcji z pracy - do tego stopnia, że od kilku tygodni, myślę nad tym czy nie złożyć wypowiedzenia. W ciągu ostatniego pół roku stresowałam się chyba więcej niż przez całe swoje życie razem wzięte. I nie chodzi tylko o większą ilość sytuacji stresowych, ale przed wszystkim o to, że nie umiem sobie z tym stresem radzić. Ja jestem typem luzaka. Jak się dzieje chujnia to spinam poślady i daje z siebie tyle ile mogę, a jak sytuacja zostaje opanowana to dwie minuty później mam wyjebane i zapominam, że cokolwiek się działo. No może nie dosłownie, ale nieprzespane noce, regularne problemy z zasypianiem, natręctwo myśli, a co będzie jeśli... tym razem sobie nie poradzę? -  to z pewnością nie moja bajka. 

Zastanawiam się czy to może mieć jakiś związek z moją młodością, wtedy rozwiązaniem na stres była autoagresja. Teraz, gdy będąc dorosłą ukształtowaną jednostką całkowicie odeszłam od filozofii robienia sobie kuku, w sytuacji napięcia wychodzą nieprzepracowane kwestię i poradzić sobie muszę, nie ja, a ta po wielokroć odrzucana dziewczynka, mająca siebie za skończonego śmiecia, której jedyną satysfakcją jest dokopanie samej sobie. Ale to tylko teoria. I po przeczytaniu wpisu jeszcze raz wydaje się dość naciągana. Nie jestem sobą i nie jest mi do końca dobrze samej ze sobą. Pożyjemy i zobaczymy co się zmieni w tej kwestii.

* Możecie trochę trzymać za mnie kciuki. Pod koniec wakacji mam kolejną rozprawę, na której się okaże czy dosięgnie mnie ręka sprawiedliwości. 

 

Brak komentarzy: