Ostatnio często zadaje sobie pytanie, czy życie jest ciężkie - zdania są podzielone. Tegoroczny dzień kobiet był dla mnie jednocześnie bardzo smutnym i bardzo wspaniałym dniem. Wspaniały dlatego, że spędziłam go z Arkiem, dostałam ogromny bukiet róż. Ogólnie nie przykładam wagi do prezentów, a konsumpcyjne święta typu walentynki czy inny dzień kobiet najchętniej obchodzę z daleka, wybierając sobie za to inny dzień w roku - taki tylko dla mnie i bliskich mi osób. Jednak w obecnej sytuacji, prezent od (byłego) chłopaka znaczył dla mnie naprawdę wiele. Rozstawanie się z pewnością nie jest moją mocną stroną. Z Arkiem ten proces trwał zdecydowanie powyżej średniej, ale tak było chyba dla nas obojga najbardziej komfortowo. W tym czasie zaczęłam doceniać każde nasze spotkanie. Nie było zajęć czy spotkań, których nie mogłabym przesunąć albo odwołać, byleby się z nim spotkać. Czasami miałam wrażenie, że z jednej stronie nie pozwalam zabliźnić się raną, za każdym razem gdy widziałam go po dłuższej przerwie czułam smutek i mimo mijającego czasu poczucie straty wcale nie malało. Nie wspominając nawet faktu, że Arek zaczął angażować się w inną relację - na samą myśl o tym moje serduszko pęka na miliony kawałków. Liczę, że z czasem kiedy naprawdę pogodzę się z naszym rozstaniem będzie lepiej (musi tak być bo inaczej oszaleje).
W każdym razie ósmego marca, w dzień kobiet Arek zabrał ode mnie z mieszkania ostatnie rzeczy, tym samym kończąc ostatni etap w procesie naszego rozstania. Nie ma już żadnego powodu abyśmy mieli się kiedykolwiek więcej spotkać (chociaż oficjalnie zakończyliśmy "tylko" związek, a nie całą relację). Pomimo, że to był bardzo smutny dzień na kartach mojego kalendarza byliśmy z Arkiem bardzo blisko. Panowała między nami wyjątkowo ciepła atmosfera akceptacji i zrozumienia, która w konsekwencji dawała poczucie niezwykłej intymności. Nie byłabym sobą jeśli nie wspomniałabym o tym, że tego dnia przeżyłam również najlepszy seks w życiu, który był wprost magiczny. To co się między nami działo...
Nawiasem mówiąc odkąd Arek stał się moim ekschłopakiem to nasz seks ogólnie wzbił się na jakiś ekstra wysoki level, ale to co się działo się między nami w piątek... z nikim nigdy nie miałam takiego "connection".
Było cudownie i w łóżku i w rozmowie i w przyjacielskich objęciach... Cały ten czas był jakiś taki.. magiczny.
To nie jest tak, że ja teraz tylko siedzę i płaczę (jak może wynikać z tego wpisu). Zaczęłam bardzo mocno pracować nad sobą, na terapii i poza nią. Poznaje siebie, spędzam dni bardzo aktywnie. Wdrażam projekt "50 pierwszych randek", w którym z jednej strony planuję gdzie mogłabym wyjść i co zrobić dla siebie, a z drugiej prawdziwie cieszę się czasem i przestrzenią, którą dla siebie zorganizowałam. Odkryłam również skąd wynikały moje destrukcyjne zachowania w związku i co więcej wiem jak nad nimi pracować (chociaż to długa i wyboista droga). Coraz lepiej poznaje samą siebie, jestem świadoma wielu mechanizmów które we mnie zachodzą oraz "pustych miejsc" które z automatu próbuję wypełniać innymi ludźmi, ale tak naprawdę tylko ja sama mogę je w sobie załatać (będzie o tym kiedyś wpis).
Tak naprawdę piszę tu tylko dlatego, aby powiedzieć wam, że rozstałam się z moim ukochanym i że bardzo mi z tego powodu smutno i źle.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz