Gdzieś w jakiejś innej odległej części internetu pisałam, że mam w swoim życiu ludzi tak bliskich mojemu sercu, że nie ważne co by zrobili nie przestaną być dla mnie ważni i nie przestanę dobrze o nich myśleć. Pomijając najbliższą rodzinę, która w sumie nie do końca nawet się w tej kategorii mieści. Oczywiście są ważni i kocham ich, ale czy dobrze o nich myślę? Oj nie do końca. No ale mam przyjaciół.
Maciek dba bardziej o mnie niż o siebie, a to nie jest zdrowe podejście. Chociaż zdaje się, że oboje znajdujemy różne profity z tej relacji i doskonale zdajemy sobie sprawę na czym stoimy. Jak Maciek znajdzie sobie dziewczynę, to pewnie ukrócą się nasze nocne telefony. Ale póki co Maciek to ziomuś numer jeden, bo mnie rozumie, jak żaden inny człowiek na ziemi. Wie kiedy potrzebuję przytulenia i wysłuchania, kiedy porady. Zna moją emocjonalną naturę i zna tą bardziej racjonalną i nadąża za mną gdy balansuje pomiędzy jedną a drugą. Nigdy mnie nie zawiódł. Były w moim życiu takie sytuacje, że gdyby nie on to sama rozpadłabym się na milion kawałeczków, nie do pozbierania.
Jest też Mati, który również ma solidne podstawy aby być moim "ziomusiem" numer jeden, ale ma dziewczynę (i własne życie), więc odbiera wtedy kiedy ma czas i nie zawsze pamięta aby oddzwonić (tak oceniam relacje na podstawie statystyk odebranych telefonów - jakiś problem?). Odnoszę wrażenie, że naszym spotkaniom często towarzyszy pewne niedopowiedzenie. Kiedyś myślała, że czysto romantyczne, teraz wiem, że nie da się go tego tak łatwo zaszufladkować - i dobrze. Lubię tą naszą grę spojrzeń i milczenia (nawet kiedy przybiera patologiczną dawkę).
Mati jest naprawdę równym gościem. Poleca dobre filmy i dobrze gotuje, Cenię sobie jogo opinię i składam głęboki ukłon jeśli chodzi o podejście do życia, siebie i innych ludzi, a jego ocenie świata ufam bardziej niż swojej własnej. Z problemami natury etycznej w pierwszej kolejności uderzam właśnie do niego. Poza tym (w wersji na łyso i z brodą) jest najprzystojniejszym facetem jakiego w życiu poznałam. Przez pewien czas Mati był moim autorytetem w temacie tego jak chwycić życie za rogi, własnym przykładem pokazywał, że można, tam gdzie reszta świata (i ja sama) mówiłam: „nie da się” i to że zapadły pewne trudne lecz konieczne decyzje, dzięki którym trochę pchnęłam swoje życie na przód, było (w pewnym stopniu) również jego zasługą.
I jest jeszcze Maguś, z którym wspólnie wchodziliśmy w dorosłość. Niby dużo nas różniło, ale jednak, to że poznaliśmy się w momencie, w którym dziecko zaczyna podejmować dorosłe decyzje, a które później będą miały wpływ na całe życie: pierwsze miłości, rozstania, seks, kościół katolicki (w którym oboje się wychowaliśmy) - rezonowały tym, że nawiązaliśmy dość luźną aczkolwiek bliską więź :D
Z Magusiem można naprawdę szczerze rozmawiać - i mam na myśli taką bezpruderyjną szczerość o życiu seksie pieniądzach, czasem pszczółkach (Maguś pomaga dziadkowi w pasiece). Nie było śmiechu czy zdziwienia, że ktoś czegoś nie wie, nie umie, zakochuje się, ma kiepski seks, ma zajebisty seks, szuka Boga, sensu, samego siebie. Od początku towarzyszył nam potężny pakiet otwartości, który mało z kim udaje mi się osiągnąć, bo i mało który facet opowiada mi o tym, jak eksperymentalnie próbował Viagry, albo że jego nowa dziewczyna dostaje orgazmu tylko w trakcie seksu oralnego. Wiem, że często powtarzam słowo "seks", ale to chyba właśnie tą kwestię "analizujemy" najczęściej.
Sam w sobie Mag to naprawdę dobry chłopak, nawet jeśli zdążają mu się zawirowania w kompasie moralnym. Trochę żałuje, że aktualne tempo życia nie pozwala na bardziej regularny kontakt. Zazwyczaj dzwonimy do siebie jak coś już się ostro pierdoli i (o dziwo) to on częściej dzwoni. Maguś chyba najmocniej z wymienionej trójcy utwierdzał mnie, że grono "Moich” może zrobić naprawdę wszystko, a mi nie przestanie zależeć i gdyby zaistniała taka potrzeba to pojechalibyśmy razem zakopywać trupy.
Tak teraz myślę, że to chyba jedyny mój znajomy, gdzie zdarza się, że to ja jestem odrobinę bardziej tą „bierną stroną” (jeśli chodzi, o tych znajomych na których mi zależy, bo cała reszta „znajomych z fb” na niewiele mojego zaangażowania może liczyć. Chociaż to też zależy, bo nowo poznanych ludzi potrafię traktować jak wieloletnich przyjaciół. Mimo że nie idzie za tym jakieś większe zaangażowanie emocjonalne to tak z natury daje wiele z siebie, co czasami potrafi spotykać się z niemałym zdziwieniem. Nieważne, wróćmy do tematu).
Przez przypadek do grupy "MOICH" zakwalifikowałam jeszcze jedną osobę - teraz wiem, że była to decyzja całkowicie absurdalna i z natury nie sięga ona nawet kolan wspomnianych tu osób, no ale w wyniku zaistniałej pomyłki miałam okazję Pierwszy raz w życiu poznać smak pogardy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz